wtorek, 23 września 2014

Capitulo Doce "Teraz znowu próbujemy po prostu przeżyć"



Dla Aci, mojego osobistego słoneczka.





Minuty zamieniały się w godziny, godziny w dni, dni w tygodnie...
Czas mijał, a żadnych wiadomości nie było. Jakby dziewczyna nagle zniknęła z powierzchni Ziemi zostawiając po sobie tylko to jedno jedyne zdjęcie, na którym jeszcze jest szczęśliwa. Nieraz próbowała dzwonić, ale w słuchawce zawsze słyszała ten sam delikatny sopran "Nie mogę teraz odebrać telefonu..." i tak dalej. Nie oddzwaniała, nie odpisywała na maile ani listy. Nieraz wykręcała też numer Inme - drobniutkiej blondynki w średnim wieku - bez skutku. Gdyby była pięcioletnią dziewczynką pomyślałaby, że przyjaciółka stała się kartą przetargową dla kosmitów, byle by tylko nie przybyli z tą swoją dziwną niszczycielską siłą. Gdyby była nastolatką (choć była, ale nad wyraz dojrzałą) pewnie wpadłaby na pomysł prawdziwie epickiego romansu z Hiszpanką w roli głównej. I nie martwiłaby się, bo w każdej sytuacji miałaby jakiekolwiek wytłumaczenie. Ale cóż, niecały miesiąc wcześniej skończyła tę symboliczną dwudziestkę, co odznaczało się bezsensownym stresem i zamartwianiem. 
Przed oczami migały jej same najgorsze scenariusze, choć niektóre nawet nie miały szans się spełnić. Penelope była nieodpowiedzialna, może trochę szalona, ale zawsze zachowywała powagę w sprawach ważnych. I to do samego końca załatwienia tych spraw. Tymczasem telefon milczał, a wśród kopert nie zauważyła dobrze znanego pochyłego pisma. Żadnego odzewu.
Aż do dnia, w którym siedząc kolejny wieczór sama w domu i oglądając nudne komedie, usłyszała dzwonek do drzwi. I choć dawno straciła nadzieję, od razu wiedziała kogo zobaczy. Kartę przetargową kosmitów, ofiarę ulotnego zauroczenia. Nie myliła się. 
- Penelope? - spytała ocierając zmęczone powieki. Zjawa stojąca na progu nie przypominała dziewczyny. Zapadnięte oczy straciły cały błękit, cera zszarzała. Włosy ukryła pod chustą, pewnie nie zostało ich zbyt wiele. Wargi miała spierzchnięte i popękane do krwi. Dalej napotkała wzrokiem dwa sterczące obojczyki i dłoń opartą na okrągłym brzuchu, spod którego wystawały dwie patyczkowate nogi. Schudła kolejne parę kilo.
- Witaj Esmeraldo - wygięła wargi w cieniu dawnego uśmiechu, choć przez chwilę przypominając siebie. Zniknęła gdzieś między poduszkami kanapy głośno wydychając powietrze z ust. Piłkowaty brzuch nie pasował do anorektycznego ciała. 
Spojrzała na przyjaciółkę unosząc brwi. Penelope zachichotała nerwowo.
- Jak widzisz aborcja się nie udała - miała taki zachrypnięty głos.

- Si te sientes perdido en ningun lado... - nuciła melodię siedząc znowu w terrorystycznym więzieniu pełnym niespełna rozumu robotów. Bo tak się zachowywali, jakby mózg zastąpiła im skomplikowana wiązanka elektronów i innych takich. A Angie była jak ta właśnie terrorystka, która najwyraźniej nie miała zamiaru zapomnieć Natalii ostatniego zdarzenia obserwując jej sylwetkę nienawistnym spojrzeniem. Nigdy nie widziała, by pogodna nauczycielka-hipis miała taki gniew w oczach. Albo tak długo chowała urazę. 

Kolejna lekcja oznaczała kolejną bezsensowną paplaninę o niezwykłości ludzkiej duszy czy czegoś tam. I oczywiście kolejne wystąpienie Violetty. Tym razem zaśpiewała już na początku lekcji oszczędzając innym głupich min mówiących "Ja się nie spodziewałam, nie umiem, jestem taka nieśmiała - ale i tak zaśpiewam, bo robię to najlepiej". A Angeles w tym całym oczarowaniu własną siostrzenicą zapomniała chyba o kimś tak nieważnym, jak Natalia siedząca gdzieś na końcu sali. I nie była już w zasięgu zabójczego wzroku nauczycielki.
Minuty mijały, a zajęcia coraz bardziej przypominały wykład typu "Bóg - Honor - Ojczyzna", z tą różnicą, że Bogiem była Violetta, a honorem jej talent. Dlatego też nie zwlekała jakoś długo z wyłączeniem myślenia, a raczej zmienieniem jego kierunku w stronę naprawdę interesującą. Bo wiadomość przeczytana nad ranem wciąż pozostawała mieszane uczucia.
- Que tu cielo azul esta nublado... - wciąż podśpiewywała pod nosem odtwarzając w kółko te same wersy. Czuła jakąś dziwną blokadę, która nie pozwalała jej skończyć piosenki. Dlaczego nie mogła usłyszeć (jak Viola) jakiegoś głosu z nieba, który podsunąłby kolejne linijki? Albo we śnie poznać zakończenia melodii? Cóż, bo nie była tak doskonałą filigranową panną, która ma cudowne objawienia, dzięki czemu pisze same hity. Była tylko Naty - zwykłą, brzydką Naty bez talentu, przyszłości, czy jakiejkolwiek wartości. Bo nie miała uczuć, prawda? Można ją zranić bezkarnie. Ot tak, po prostu. Przychodzić i odchodzić zostawiając wielką pustkę w sercu. A co tam, chodźmy i niszczmy - bo tak są zaprogramowani. Zachowują się jak tępe maszyny. Ale ten jeden... Poznała nie-robota. Z uczuciami, emocjami, poczuciem humoru i tą cholerną inteligencją - bo był inteligentny. Tylko dlaczego okazał się być Maxim? Andres, Diego, nawet Fede byłby lepszy. 
W tym momencie wróciła z labiryntu myślowego orientując się, że w klasie panuje idealna cisza, mącona jedynie równomiernymi oddechami. Jak roboty. Zawiesiła głos w połowie wersu. Jakieś dziesięć par oczu przewiercało jej sylwetkę łącznie z terrorystyczną hipiską. Nawet Maxi wyjątkowo odwrócił wzrok. Zaczerwieniła się mocno przygryzając wargę. Zadrżała przecierając piekące oczy. Bo tak właśnie miała - płakała z nadmiaru emocji, którymi teraz buchała jak wulkan. Zaduch w sali nagle zrobił się nie do zniesienia. Żółć podpłynęła do gardła. A w sali wciąż cisza. 
- Ja... No ten... Tego... Nie czuję się naj... Przepraszam - i już wybiegła na korytarz. Nerwowo łapała powietrze odtwarzając w głowie ostatnie słowa Angie dosłyszane w szaleńczym biegu "Natalia! Ugh, Violetto..." bla, bla, bla.

- Natalia! Ugh, Violetto, mogłabyś? Za chwilę i tak kończymy - wargi Angie zastygły w nikłym uśmiechu. Ach, te hormony! Nastrój Angeles był trochę jak membrana bębna. Z piekielnego rozdrażnienia prosto do irytującej słodyczy wyciekającej bokami. Przypominała mu trochę... hipi-predatora. Pokój na wojnie. Uśmiech i mord w oczach. Tak, idealne określenie.

Uśmiechnął się do siebie. Wyobrażenie Angie w mundurze z karabinem, wiankiem we włosach i słodkimi kucykami budziło mieszane uczucia. Nie mając nic lepszego do roboty otworzył pierwszy lepszy notatnik skupiając całą uwagę na bazgrołach sprzed kilku tygodni. Jakby to ująć... Lekcje śpiewu z pół-robotem, pół-dzieckiem kwiatem nie należały do najciekawszych. Sam nie wiedział dlaczego, ale gdyby nie ten cienki zeszyt zanudziłby się na śmierć. Narysował coś, co może trochę przypominało w ogóle coś, ale bardziej wyglądało na rozpisywanie długopisu. Oczywiście jego znudzenie nie umknęło uwadze nauczycielki, która tuż przed chwilą diabelskim wzrokiem pozbyła się Natalii. Zignorował dziwne uciski w żołądku. Może myślała, że uda jej się go spłoszyć, na co oczywiście nie miała najmniejszych szans. No więc, dla świętego spokoju zapatrzył się w Violettę śpiewającą kolejny raz tą samą piosenkę, którą tego dnia słyszał już kilka razy. Była ładna, szczupła, pięknie śpiewała... Ale nie była nikim nadzwyczajnym. Tylko jedną z wielu uczennic Studio. Nikim niezwykłym. Ziewnął kilka razy, odkaszlnął może ze dwa i w końcu rozległ się jeden z najcudowniejszych dźwięków, jakie mógł w tym momencie usłyszeć - dzwonek kończący lekcje. 
I zupełnie nie myślał o innym pięknym śpiewie, który już gdzieś przecież słyszał. Ani o słowach tworzących magiczną piosenkę, ani nawet o karminowych ustach, o których smaku jeszcze niedawno marzył.
Poczuł niewiarygodną ulgę, kiedy znalazł się poza tymi pieprzonymi ścianami. 

Czy my naprawdę istniejemy, czy jesteśmy tylko złudzeniem? Czy potrafimy sobie wybaczyć, czy ciągle obarczać się winą? Czy potrafimy na nowo pokochać, czy tylko nienawidzić? 


- Witaj, księżniczko - usłyszała głośny krzyk na progu. Pisk. Usiadła na skraju ostatniego stopnia niemal bezgłośnie wydychając powietrze z płuc. Lena rzuciła się w objęcia człowieka, który z każdym kolejnym dniem wydawał jej się coraz bardziej obcy. Nie zmienił się szczególnie. Ściął trochę włosy, a w kącikach tak dobrze znanych oczu, do złudzenia przypominających te jej, pojawiło się kilka nowych zmarszczek. Odepchnęła przykre słowa wiążące się z jego osobą; na końcu języka plątał się wyraz. Ojciec, tak do niego mówiła. I tylko z szacunku do jego wieku nie potrafiła powiedzieć prawdy. 

Szybko ulotniła się znikając gdzieś na górze. Nigdy nie witał jej z transparentem, który najchętniej namalowałby własnoręcznie dla Leny. Nie była zazdrosna. Po prostu odrzucona.
Nigdy nie myślała o nim nad wyraz źle, ale tego dnia nie potrafiła ukrywać głęboko zakorzenionej zawiści, którą czuła do jego osoby. Chciała tylko, żeby wiedział.

- Hej tato – dwa ciemne punkciki wyłoniły się znad gazety. W półmroku mieniły się słabo, przypominały swoją barwą nieoszlifowane onyksy.
- Natalia – powiedział tuląc córkę do piersi, która, wbrew oczekiwaniom, tęskniła za tym. Bo choć czuła tą samą niechęć co kilka godzin temu, brakowało jej ojcowskiego ciepła. W końcu tylko on jej pozostał. Podeszła do blatu wsypując kawę do dwóch porcelanowych filiżanek z pozłacanym uszkiem. Hector odkaszlnął ponownie pochłonięty przez brukowiec.
- Więc – zaczął lekko zachrypniętym głosem – co u ciebie, dziecko?
- Serio pytasz? – wskoczyła na blat niczym zwinne kociątko patrząc na ojca z niedowierzaniem. Zerknął na córkę kantem oka, poruszył się nerwowo. Krzesło skrzypnęło cicho.
- Tak, serio – odparł. Był całkiem niezłym aktorem, ale nie na tyle dobrym, by ukryć swoje zdenerwowanie – Nie rozumiem twojego zdziwienia.
Prychnęła zaciskając palce na krawędzi drewnianej płyty. Utkwiła wzrok w podłodze nie zwracając uwagi na rozmówcę, którego głupi artykuł pochłonął w całości. Siedział tam, ale jakby go nie było.
- Naprawdę to czytasz? – spytała wskazując ręką magazyn – Przecież to jest bezsensu.
- Hm?
- Te artykuły są do bani.
- Dobrze – zdjęcie jakiejś celebrytki widniejące na okładce zgiął w pół splatając dłonie na kolanach – Więc mów.
- Głupie brukowce szukają tylko sensacji. Faszerują ludziom mózgi tymi wszystkimi bzdurami, w których nie ma ani grama prawdy. A cała ludzkość bezmyślnie w to wierzy. No bo pomyśl, kogo obchodzi, że ta idiotka znowu odeszła od męża? – słuchał z uwagą – Pewnie nawet go nie kochała. Wyszła za niego by być na okładce, a po roku, gdy już wszystko ucichło, postanowiła się rozwieść, byle tylko być w centrum uwagi. To chore i tyle. – poprawiła loczek, który opadł jej na oko – Powinni pisać o prawdziwych tragediach, na przykład o tym wypadku sprzed tygodnia, słyszałeś? – kiwnął przecząco głową – To przez te media. Zginęła cała rodzina, to dopiero jest koszmar, a nie setny rozwód jakiejś debilki, która nie radzi sobie z liczeniem do dziesięciu.
Podrapał się po policzku, pogładził włosy ręką. Zmarszczył czoło z uwagą ponownie tonąc w lekturze.
- Masz rację skarbie, ale kogo to obchodzi? – No właśnie, kogo? Najwyraźniej nie interesowała go cała sprawa, bo nie drąży tematu. Był jednym z tych nafaszerowanych bezmózgich robotów, dla których media były jedynym kontaktem z rzeczywistością. Cisza nie trwała długo. Zadał to cholerne, głupie pytanie, którego miała nadzieję nie słyszeć, przynajmniej nie tego dnia – Byłaś na cmentarzu?
- Po prostu nie wierzę – zaśmiała się nerwowo czując napływające łzy. Spojrzał na córkę.
- Natalia, pytam, czy byłaś na cmentarzu? – patrzyła na niego z powagą.
- Serio jesteś taki głupi, czy tylko udajesz?
- Natalia! – wrzasnął podnosząc się z krzesła. Oparła się o blat zaciskając dłonie na piersi – Jestem twoim ojcem, nie masz prawa tak się do mnie zwracać. – patrzył tym bezrozumnym wzrokiem – Pytam, czy byłaś na cmentarzu odwiedzić matkę.
- Matkę? – już nie powstrzymywała łez – Takiego potwora nazywasz matką?
- Dziecko…
- Co? Co chcesz powiedzieć? Że mnie chciała, kochała? Że pragnęła, by tu teraz ze mną być? Nie mam już pięciu lat, tato – patrzył na nią, zbladł, a jego twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie, jakby ktoś właśnie uderzył go w twarz – Nie uwierzę w żadne z twoich kłamstw.
- To nie były kłamstwa…
- Proszę – niemal szeptała patrząc na Hectora, którego oczy wyrażały w tym momencie więcej bólu, niż kiedykolwiek w całym jego życiu – Nie uważasz, że zasługuję na prawdę?
- To jest prawda.
- Nie, wcale nie. – wszystko wokół wirowało, gwiazdy nagle znalazły się wewnątrz pomieszczenia tańcząc między kolejnymi słowami, tymi niewypowiedzianymi  – Przez tyle lat w to wierzyłam, bo nie chciałam myśleć inaczej. Nie chciałam wierzyć, że mogę być czymś przypadkowym. Czymś, czego wcale nie chcieliście. Takim nieudanym eksperymentem.
- Przestań. To była prawda, zawsze mówiłem prawdę… - jąkał się, stopniowo podnosił drżący głos.
- Przecież sam w nią nie wierzysz... – zaśmiała się nerwowo. Poczuła słone łzy – Długo jeszcze będziesz udawać?
- Naty!
- Nie tato! – woda zaczęła wrzeć – Przez tyle lat mówiłeś mi to, co było dla ciebie wygodne. Robiłeś z niej kogoś, kogo nie ma i nigdy nie było, byle tylko wymazać gorzką prawdę o niej. Ale to tylko kolejne kłamstwo, złudne pojmowanie rzeczywistości.
- Nie!
- Prawda tak boli, tato? A może sam nie chcesz wierzyć, że była takim potworem?
- Natalia, przestań! – łzy spływały po jego opalonej twarzy, pierwszy raz naprawdę płakał. A ona stała również płacząc czując się przy nim tak obco, jak przy mijanym przechodniu. Dzbanek piszczał na kuchence, gęsta para rozmazywała lata kłamstw – Nie była potworem, kochała cię.
- Możesz mówić co chcesz, ja już i tak nie uwierzę. I wiesz co? Nienawidzę jej! – wybiegła w pośpiechu ocierając policzki, wywracając się kilka razy na schodach. Nic już się nie liczyło, całe wspomnienie kobiety, która od tej chwili była jej tak obca, jak jeszcze nigdy dotąd, okazało się jedynie kłamstwem, nieistniejącym snem. I choć od dawna o tym wiedziała, nadal miała nikłą nadzieję, że to wszystko nie jest prawdą.
Nie zauważyła Leny, która wbiegła do kuchni próbując opanować sytuację. I wciąż w głowie słyszała, jak powtarza głupie, nieprawdziwe słowa chcąc dalej tkwić w obłudzie.
- Nie była potworem, nie była potworem.


Angel_of_death: Przepraszam. Znowu próbuję po prostu przeżyć.


***
Przepraszam, że tak późno. Napisałam kilka dni temu, chciałam jeszcze coś dopisać, ale długość jest chyba w miarę zadowalająca. O jakości w ogóle nie wspomnę, nie ma sensu. Przepraszam, naprawdę. Ciągle psuję, nie wiem czy jest sens dalej pisać, ale cóż... Tak szybko się chyba ode mnie nie uwolnicie. Następny nie wiem kiedy.
Aciu, wybacz, że dedykuję ci coś tak strasznego!
Przepraszam raz jeszcze, Ana J.


piątek, 12 września 2014

One shot - Miejski rytm, czyli gorycz łez

Postaci: Natalia, Diego, Maxi
Uwagi: Wulgaryzmy, nałogi, sceny drastyczne


*
*



- Teraz ja.
- Nie, oszukujesz.
- Ja? Nigdy.
- Teraz moja kolej, głupku.
- Wcale, że nie. Przed chwilą byłaś ty.
- Głupek.
- Głupia.
- Nie umiesz grać w warcaby.

- Teraz ja.
- Nie, oszukujesz.
- Ja? Nigdy.
- Teraz moja kolej, głupku.
- Wcale, że nie. Przed chwilą brałaś ty. 
- Głupek.
- Głupia.
- Daj mi tego bucha!


Chcę być ślepy i niemy i nie mieć serca. Chcę się wczołgać do dziury i nigdy nie wyjść. Chcę zmieść swoje istnienie z powierzchni Ziemi.


- To przez ojca?
- Tak.
- Odszedł? 
- Tak.
- Kiedy?
- Dwa tygodnie temu.
- Tęsknisz?
- Tak.

- To przez ojca?
- Tak.
- Odszedł?
- Tak.
- Kiedy?
- Dwa tygodnie temu.
- Tęsknisz?
- Nigdy.


Jak się masz?
A jak wyglądam?
Nie najlepiej.
Czuję się gorzej.


- Znowu?
- Mhm...
- Daj, zobaczę.
- Nie boli. 
- Kłamiesz.
- Nigdy się nie przewróciłeś?

- Znowu?
- Mhm...
- Daj, zobaczę.
- Nie boli.
- Kłamiesz.
- To tylko żyletka...


Jak się czujesz?
Fatalnie.
W jakim sensie?
W każdym sensie.


- Diego...
- Naty?
Wyglądał żałośnie skulony pod ścianą z flaszką w ręce. Był cały brudny, miał podbite oko a zbrązowiały już zaciek krwi ciągnął się od nosa aż po brodę. Łzy ciekły słonym strumieniem po opuchniętych policzkach. Już dawno nie widziała go w podobnym stanie.
Podbiegła do niego omal nie potykając się o własne nogi. Ukucnęła rozglądając się po pomieszczeniu, choć bywała tu tak często. Żółć podpłynęła jej do gardła na widok pustych butelek. Szarpnięciem wyrwała mu trunek z rąk i na tyle, na ile pozwalały siły, odrzuciła ją jak najdalej.
- Diego... - huk rozbijanego szkła zagłuszył cichy szept. Wzięła jego twarz w dłonie ocierając mieszankę łez i błota - Co ci strzeliło?! - nie potrafiła opanować gniewu i wybuchła jak wulkan wylewając z siebie wszystkie emocje - Idioto! Jak mogłeś?!
- Przepraszam - przypominał teraz bezradne dziecko. Mahoniowe tęczówki skryły się za źrenicami, a wargi wykrzywiły się w czymś na kształt uśmiechu, jednak tak od niego różnym. Wyrażały całą gorycz, którą teraz odczuwał. - Przepraszam - powtarzał w kółko coraz mniej wyraźnie. W końcu zaczął bełkotać pod nosem niezrozumiałe wyrazy. Odpływał.
- Nie, Diego. - przytuliła go mocno do piersi, trochę jak matka. Zadrżał w jej ramionach rażony nagłym napadem histerii - Cicho Diego, już dobrze. - sama zaczęła płakać dziękując w myślach Bogu, że Ramirez miał akurat jej numer telefonu. Sam był trzeźwy, ale nawet to nie pomogło opanować Hiszpana, który teraz dygotał leżąc na podłodze. Przeklęła w duchu swoją wyobraźnię, która podsuwała zakończenia sytuacji, gdyby w te niecałe pół godziny nie znalazła się na miejscu. 
- Chodź, zabiorę cię do domu - mówiła łykając łzy. Kiwnęła głową do Ramireza stojącego w drzwiach, który już po chwili niósł na barkach zmaltretowane ciało Diego. Przypominał zwłoki, co przyprawiało Natalię o dreszcze. Gdyby nie ten jego płytki oddech...
- Przepraszam - szeptał coś w amoku, coś niezrozumiałego. Chwyciła jego silną dłoń, teraz tak kruchą i zimną. 
- Już dobrze - wysiliła się na uśmiech - Wszystko będzie dobrze.



Żyłem tak długo w bólu, że kiedy teraz pulsuje on razem z moim silnym równym biciem serca, to mi nie przeszkadza.


- Boisz się czegoś?
- Ciemności.
- Przecież...
- Strach rodzi się w twoim umyśle i zatruwa go. Domaga się byś go odczuwała, choć w rzeczywistości nie ma się czego bać. Dlatego to zwalczasz, aż z czasem panujesz nad tym...


W jednej sekundzie chce mi się płakać, w jednej chce mi się zabijać, w jednej chce mi się umrzeć.


Zaklęła w myślach wyciągając dłoń po butelkę białego wina. W supermarketach nikt nie był tak wspaniałomyślny, by wziąć pod uwagę ten odsetek ludzkości, którego wzrost mieścił się poniżej średniej. A teraz, stojąc na palcach i gimnastykując się niemiłosiernie, i tak daleko jej było do najwyższej półki, na której stał trunek. 
- To dyskryminacja! - krzyknęła, nieco głośniej niż zamierzała, tupiąc nogą o posadzkę. 
- Nie mogę się nie zgodzić - odwróciła się próbując skojarzyć właściciela melodyjnego barytonu będąc pewna, że już go gdzieś słyszała. W ręce trzymał wino, którego mimo wszelkich starań nie udało jej się zdobyć. Tymczasem on, wyższy o głowę, nie miał z tym najmniejszego problemu.
- Nie znoszę tych półek - odwróciła wzrok odbierając butelkę - Dziękuję.
- Tak, też kiedyś miałem z tym problem. - uśmiechnął się tak jakoś dziwnie. Dlatego, że prawdziwie?  - Ja cię chyba skądś znam...
- Nie, wątpię żebyśmy...
- Dziewczyna z parku! - klasnął w dłonie - Wszędzie rozpoznałbym te twoje śmieszne loczki. Wiesz, to jest rzadkość.
- Tak. To dzięki - wskazała na butelkę, po czym odwróciła się na pięcie próbując podejść. Powstrzymał ją ruchem ręki. 
- Maximiliano - spojrzał w jej ciemne, czekoladowe tęczówki, które wydawały mu się dziwnie znajome. Zachowywał się tak, jakby nie widział długich cieni pod oczami, kilku świeżych blizn, ran na nadgarstkach oraz tego smutku, który od dzieciństwa nie znikał z jej twarzy. Po prostu stał i patrzył z tym głupkowatym, ale przyjemnym uśmiechem - ale wolę Maxi.
- Słuchaj Maxi - zaczęła miętolić banknot w kieszeni - Widzę, że nie chcesz odpuścić, więc powiem ci wprost. Nie będziemy przyjaciółmi.
- Dlaczego? - wciąż miał ten sam wyraz twarzy, taki delikatny, a zarazem obojętny.
- Nie należę do twojego świata...
- Co? Jesteś, jak to ujęłaś "głupią ćpunką z ulicy"? Ja tak nie uważam.
- Nawet mnie nie znasz - zaśmiała się nerwowo.
- Tak, ale...
- Przepraszam - i zniknęła gdzieś między regałami. 



Patrzy, jakby chciała się rozpłakać, tylko skończyły się jej łzy.


- Czy świat jest zły?
- Nie, Diego, nie jest.
- To dlaczego tak właśnie czuję?
- To nie świat jest zły, tylko ludzie, którzy na tym świecie żyją.


Uśmiecha się do mnie i ten uśmiech boli. Nie oddam, nie mógłbym oddać, nie chcę oddać tego uśmiechu. Nie oddam go. Nie ma mowy.


- Spotkajmy się na cmentarzu - głos w słuchawce głośno zaprzeczał, jednak jej stanowczość go przekonała.
- Ok, mała. Ewentualnie dla ciebie mogę przejechać te pół miasta i znaleźć cię na cmentarzu, na którym leżą ci których nienawidzę. Pamiętaj, dla ciebie. - rozłączył się.
Tymczasem ona szła w stronę cmentarza w tej samej czarnej sukience. Jedynej sukience?
Nie przepadała za tym miejscem, jednak od jakiegoś czasu stał się głównym miejscem ich spotkań. Nie wiedziała dlaczego - jakoś tak po prostu. Leżał idealnie po środku między ich domami oddalonymi jakieś pół kilometra. Był takim jakby centrum. Wygoda to wygoda. 
Było to bardzo stare miejsce, nieczęsto odwiedzane przez istoty ludzkie, które jakimś cudem uniknęły robotyzacji i liczyło się dla nich coś poza pieniędzmi. Może właśnie ta pustka jakoś tak pomagała. 
Tym razem było jakoś tak inaczej. Już po przekroczeniu przedwojennej bramy wiedziała, że nie jest sama. Bo gdzieś między płytami mignęła jej pewna znajoma kolorowa czapka. Niechętnie ruszyła w jej stronę.
- Czy ty mnie śledzisz? - spytała widząc Maxiego siedzącego na skraju nagrobka. 
- Nie, a dlaczego miałbym? - uśmiechnął się, tym razem inaczej. Tak jakoś... łagodniej.
- Ty mi powiedz - poprawiła torbę na ramieniu - Co tutaj robisz?
- Siedzę, patrzę, oddycham... Możliwości jest wiele. 
- Bardzo zabawne. - prychnęła ironicznie widząc w jego oczach coś dziwnego, nieodgadniętego.
- Odwiedzam kumpla - poklepał kamionkową płytę - A co?
- To twój... Znaczy...
- Tak, przyjaciel. Nie żyje już pół roku. - odparł z niesłychaną prostotą w głosie. 
- Przepraszam, nie wiedziałam. - zmieszała się.
- E tam. Nie przejmuj się. To nic takiego. A więc, śliczna dziewczyno z parku, której imienia nie znam, odwiedzasz kogoś?
- Nie. - zignorowała wibracje komórki.
- Zabłądziłaś? 
- Nie.
- Jesteś nekrofilem?!
- Nie - spojrzała na niego jak na psychopatę - Czekam na kogoś, ale chyba się spóźni.
O dziwo nie zapytał. 
- Więc, jeśli pozwolisz dotrzymam ci towarzystwa.


Są miejsca, z których się nie wraca. Są szkody, których się nie naprawi.


- Po czym poznać, że kogoś kochasz?
- Cóż... Jak go zobaczysz uśmiechasz się, serce ci przyspiesza, a jedyne, o czym marzysz, to poczuć jego zapach, usłyszeć jego głos, spojrzeć w jego oczy. I nic więcej ci nie potrzeba.
- Dlaczego tak nie mam i nigdy nie miałam?
- Bo ten świat jest zniszczony. Ludzie zabili miłość.


Rany, które nigdy się nie goją, można opłakiwać tylko w samotności.


- Kto to był? - w jego oczach malował się zawód, troska, ale też jakaś taka... zazdrość?
- Maxi - wzruszyła ramionami. - Poznałam go przypadkiem w parku, potem mnie nękał przez długi czas, a teraz...
- Twój chłopak? - miał dziwny głos, taki zimny i odległy.
- Co? Nie! - zaprzeczyła szybko widząc jak cień Maxiego znika gdzieś za bramą - Nawet się nie znamy.
Prychnął ironicznie.
- Ale nie przeszkodziło ci to w spędzeniu z nim pół dnia podczas gdy ja szukałem cię po całym mieście. - zacisnął pięść aż zbielały mu knykcie. 
- Poszłam tylko po fajki - skwitowała machnięciem dłoni - Nie moja wina, że akurat wtedy przyszedłeś na cmentarz.
- Dzwoniłem.
- Miałam wyciszony...
- Daj już spokój z tymi wymówkami! - wrzasnął na nią pierwszy raz od tak dawna. Zbladła. Widząc strach w jej oczach ponownie przybrał maskę obojętności - Przepraszam ja... - kręcił się w miejscu, machał rękoma.
- Jest okey.
- Po prostu martwię się o ciebie - potarł skroń. Gdzieś w oddali skowronek zaczął śpiewać.
- Nie bój się. Poradzę sobie. Życie nauczyło mnie, że nie można ufać ludziom.



Mam zamiar odejść i nie mam zamiaru oglądać się za siebie i nie mam zamiaru się żegnać. Żyłem sam, walczyłem sam, sam radziłem sobie z bólem. Umrę sam.


- Ufałem jej.
- Wiem.
- Kłamała.
- Wiem.
- Zrobiła ze mnie debila.
- Wiem.
- Więc dlaczego teraz, gdy odeszła, tak bardzo cierpię?
- Tak to już jest Diego. Najczęściej obdarzamy zaufaniem ludzi, którzy na to nie zasługują.


Uśmiechamy się do siebie i patrzymy sobie w oczy i rozmawiamy ze sobą milczeniem, które wisi między nami. Jest mocne, bezpieczne i spokojne. Milczenie między nami.


- No nie wiem. Na moje to jest kundel.
- Owczarek. 
- Co jeszcze? Może wilk?
- Nie, owczarek holenderski.
- A może hiena? 
Uśmiechnął się. 
- Sam wyglądasz jak hiena.
- Cóż... Ta idealna twarz jest moim przekleństwem. 
- A nie skromność?
Puścił jej uwagę mimo uszu.
- Ileż pięknych kobiet muszę zawieść decydując się na bycie singlem!
- To jest decyzja?
- A nie wiedziałaś, że jestem bożyszczem nastolatek? 
- A jesteś?
- Patrz co tracisz - westchnął wdychając zapach własnej kurtki - Ale wiesz... Jeszcze nie przegrałaś mała - mrugnął.
Prychnęła, ale w jego obecności nie dało się nie prychać.
Słońce odbijało się od kropel porannej rosy tworząc coś na kształt drobnych odłamków szkła. Usiedli na spróchniałym pniu dębu.

- Demon, chodź...
- Przepraszam, jaka to rasa?
- Owczarek holenderski.
Pies pobiegł gdzieś między drzewa. Spojrzała na Diego z ukosa.
- A nie mówiłam?



Przestaje mówić i zaczyna płakać. Ciężkie i gwałtowne łzy. Trzęsie nią szloch. Drży i przez wiele warstw ubrania czuję jej serce. Przez wiele warstw bólu.


- Czemu jesteś smutna?
- Nie jestem.
- Jesteś.
- Nie, przecież się uśmiecham.
- Naty, widzę że jesteś smutna, nawet gdy się uśmiechasz, nawet gdy się śmiejesz. Widzę to w twoich oczach, w głębi duszy chce ci się płakać. Bo się boisz.


Tulę ją, a ona płacze i nie ma już więcej słów, ani jej, ani moich. Nie ma słów, które mają znaczenie w obliczu jej życia. Tego, przez co przeszła. Tulę ją, a ona płacze.


- Co ty tu robisz? - spytała od niechcenia biorąc kolejnego bucha. Wrzuciła niedopałek do kałuży sięgając po kolejnego Chesterfielda do paczki. Łzy spływały słonym strumieniem po rumianym policzku.
- Sam nie wiem. Coś się stało? - spytał siadając obok niej. Nie wiedział, nie należał do jej świata. Był jednym z tych bezproblemowych nadzianych kolesi, którzy widzą jedynie czubek własnego nosa.
- Co cię to obchodzi? - warknęła wydychając dym z płuc. Miała dosyć życia, dosyć tej chorej walki o przetrwanie. Nienawidziła siebie, nienawidziła świata i nawet tej jego kolorowej czapki.
- Ja... Chcę pomóc - przysunął się wyrywając jej z dłoni papierosa - Trucizna - syknął.
Patrzyła przez chwilę na własne odbicie w mętnej błotnistej wodzie.
- Dlaczego nie możesz dać mi spokoju? Dlaczego mnie nachodzisz? Dlaczego? - pytała błagalnym tonem, jakby pod jej słowami kryło się niewinne wystraszone dziecko.
- Dlaczego? Bo mi zależy, chcę pomóc.
- Ale ja nie chcę twojej pomocy! Nie rozumiesz? To są dwa różne światy, nie masz pojęcia o prawdziwym życiu!
Krzyczała. Troska wymalowała się na jego twarzy, oczy patrzyły tak jakoś dziwnie. I co zrobił? Po prostu ją przytulił. Mocno przyciągnął ją do siebie nie słuchając protestów. Po krótkiej walce z jego ramionami opadła bezsilnie i wybuchnęła gorzkim szlochem.

- Już dobrze...
- Natalia. Jestem Natalia.



Nigdzie się nie wybieram. Nie zrobię jej krzywdy. Nie zostawię jej. Nie będę jej osądzał. Tulę ją, a ona płacze.


- Nie możesz, nie chcę, żebyś dalej brał.
- Naty...
- Nie.
- Naty...
- Nie!
- Zrobię to dla ciebie i tylko i wyłącznie dla ciebie. Rzucę to.


Nie chcę wracać. Powrót oznacza wypuszczenie jej dłoni, jej ciała, jej oczu, jej ust, jej bladej cery, jej włosów, długich i czarnych. Powrót oznacza rozstanie. Nie chcę wracać.


- Okłamałaś mnie... - obserwowała wnikliwie ciemne tęczówki, ale nie widziała w nich jego. Był gdzieś indziej, ukrył się pod bezmiarem tej cholernej pustki, której tak nienawidziła. 
- Nie, Diego...
- Przestań! - ból na jego twarzy był nie do zniesienia. Zbladł, jego wargi drżały.
- Proszę - szepnęła. Był jakby nieobecny, nie ruszał się. Zacisnął tylko pięść.
Powietrze zgęstniało przepełnione milczeniem. Niewypowiedziane słowa unosiły się gdzieś nad ich głowami, nieme krzyki pełzały wśród traw. A oni stali z tą samą pustką w oczach, tym samym odgłosem pękającego serca.
- Wytłumaczę ci...
- Myślę, że wszystko już wiem. 
- Mylisz się.
- Nie! To ty się mylisz. - wszystko w nim pękało, kruszyło się i znikało zostawiając po sobie jedynie echo. Splunął na chodnik.
- Diego, naprawdę... Mnie i Maxiego nic nie...
- Łączy? Co, kolejna bajeczka? - nie panował już nad emocjami, czuł jedynie strach. Strach przed utratą tego, co kochał.
- Ja... Posłuchaj mnie...
- Nie, teraz to ty mnie posłuchasz - podszedł bliżej, zetknęli się ciałami. Czuła jego oddech na policzku - Chcesz grać w tą chora grę? Dobrze. - sekundy dłużyły się w nieskończoność - Wybieraj.
- Jak? - zadrżała oddychając płytko. Przełknęła ślinę patrząc w te jego ciemne oczy, w których teraz żarzył się płomień. A on stał z tym nieodgadnionym wyrazem twarzy widząc zaszklone tęczówki, morze płynnej czekolady.
- Ja, albo on - odparł gdy minęła cała wieczność - Daj znać, gdy już podejmiesz decyzję.
I odszedł.


Płakała tak długo, że już nawet nie wie, że płacze.


KONIEC CZĘŚCI II


***
^James Frey "Milion małych kawałków"

Jak napisałam wyżej każdy pogrubiony tekst jest ze wspaniałej książki Frey'a. Cóż, mamy tu drugą część tego cholerstwa, jeszcze gorsza jakościowo. Mam nadzieję, że dacie radę to przeczytać? Dodałam Maxiemu trochę wzrostu, bo nie pasował mi ten jego metr sześćdziesiąt. Nie obrazicie się, prawda? 
To chyba na tyle. Trzecia część będzie (chyba) ostatnią. Rozdział nie wiem kiedy. Postaram się dodać coś niedługo, ale wiecie - szkoła i te sprawy. Poza tym mam zaległości z komentowaniem i to dosyć spore. Ale spróbuję.
No to do usłyszenia!
Ana Julia

niedziela, 31 sierpnia 2014

Capitulo Once "Teraz znam prawdę, wiem kim jesteś i już Cię nigdy nie pokocham"




Głośny krzyk rozdarł harmonię nocnej ciszy. Usiadła na krawędzi łóżka ocierając słone łzy, które niczym ogień paliły w gardło. Oparła na łokciu obolałą głowę czując, jakby coś rozpychało czaszkę od środka. Wielkimi haustami łapała powietrze próbując opanować drżenie ciała. Nie wychodziło. Chłodne powietrze muskało nagie ramiona i popękane wargi. Kilka kropli utknęło między rzęsami mieniąc się niczym diamenty w skale.
- Co się stało? - sylwetka wyrosła za nią jakby z podziemi wyciągając ciepłą dłoń w jej stronę - Nic ci nie jest? - ocierał oczy próbując przywrócić sobie trzeźwość myślenia. Widząc, że wszystko wokół wygląda tak, jak poprzedniego wieczoru, odetchnął z ulgą.
- Nie chciałam cię obudzić - wychrypiała po chwili milczenia czując na sobie szmaragdowe tęczówki - Przepraszam.
Westchnął jakby znużony kolejnymi przeprosinami z jej ust, po czym usiadł obok okrywając dziewczynę puchową kołdrą. Spojrzał na jej twarz oświetloną błękitną poświatą ulicznych latarni. Otarła słoną łzę z pobladłego policzka.
- Zły sen? - kiwnęła głową twierdząco. Oparła głowę na silnej piersi chłopaka tonąc w jego objęciach. I znowu poczuła się bezpiecznie, jak zawsze gdy był obok - Co ci się śniło? - spytał niczym troskliwy ojciec obudzony w nocy przez córkę. W końcu był jak jej starszy brat.
- Boję się Leon - szepnęła - Boję się, że się obudzę, a ciebie nie będzie obok.
Uśmiechnął się unosząc jej podbródek. Spojrzał głęboko w ciemne tęczówki ignorując ciężar opadających powiek. 
- Zawsze będę, słyszysz? - był tak pewny swoich słów - Zawsze. Jesteśmy przyjaciółmi. 
Ponownie opadła na miękki materac wtulając się w tors Leona. Zasnęli czując jedynie ciepło swoich ciał, ukołysani biciem serc. 
Tej nocy na niebie nie było ani jednej gwiazdy. 

Głośny krzyk rozdarł harmonię nocnej ciszy. Usiadła na krawędzi łóżka ocierając słone łzy, które niczym ogień paliły w gardło. Oparła na łokciu obolałą głowę czując, jakby coś rozpychało czaszkę od środka. Wielkimi haustami łapała powietrze próbując opanować drżenie ciała. Nie wychodziło. Chłodne powietrze muskało nagie ramiona i popękane wargi. Kilka kropli utknęło między rzęsami mieniąc się niczym diamenty.
To już było...
- Co się stało? 
Zielone oczy.
- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić - mówiła przez łzy nie czując na sobie spojrzenia - Przepraszam - szepnęła. Była sama, sama w miejscu, które teraz wydało jej się tak ogromne. 
Opuszkiem palca starła łzę.
- Zły sen?
- Bałam się - mówiła wsłuchując się w ciszę przerywaną nierównomiernym oddechem. Jakby w tej ciszy próbowała coś usłyszeć - Bałam się, że któregoś dnia się obudzę, a Ciebie nie będzie obok.
Ta twarz, ten uśmiech. Jego wzrok przenikający głęboko do jej duszy.
- Zawsze będę, słyszysz? Zawsze. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie.. - szepnęła kręcąc głową, jakby chciała odgonić okrutne myśli.
- Zawsze będę, słyszysz? Zawsze będę, słyszysz? Zawsze. Zawsze. Zawsze.
- Nie.
- Zawsze będę. Zawsze. Jesteśmy przyjaciółmi.
Zawsze, przyjaciółmi.
- Nie! - ukryła twarz w dłoniach nawiedzana wspomnieniem jego głosu.
Wstała. Pierwszy raz od kilku dni rozsunęła jedwabne zasłony. Otworzyła okno wdrapując się na parapet. Usiadła, oparła plecy o ścianę wpatrując się w ciemny grafit nieba.
Tym razem była jedna, jedyna gwiazda.


No one could ever know me,
No one could ever see me,
Seems you're the only one who knows,
What it's like to be me.
Someone to face the day with
Make it through all the rest with.
Someone I'll always laugh with
Even at my worst I'm best with you.

I'll be there for you
When the rain starts to pour.
I'll be there for you,
Like I've been there before.
I'll be there for you,
'Cause you're there for me too...

- Natka, wstawaj - kołdra brutalnie poszybowała w górę wzbijając w powietrze zasmarkane chusteczki i kurz, który w słońcu przypominał świeże płatki śniegu. Lena zawsze działała bezpośrednio używając skutecznych metod. Dobrze, że nie przyniosła ze sobą wiadra wody, co także byłaby w stanie zrobić, gdyby miała choć trochę więcej wyobraźni w tej pyzatej łepetynie. 
- Daj mi spokój - nakryła głowę poduszką - I zasłoń to cholerne okno!
Nie wiedzieć czemu akurat dziś Lena postanowiła obudzić się w szatańskim humorze. Ostatnio dość często jej się to zdarzało, bez konkretnego powodu. Blondynka westchnęła zakładając ręce na piersi. Wyglądała teraz jak naburmuszony przedszkolak, który nie dostał cukierka. W sumie wzrost miała idealny. Wystarczyłaby różowa sukieneczka, kilka plam... I oczywiście dwa kucyki, które przecież tak uwielbiała.
- Spóźnisz się do Studia - każde jej słowo obijało się o uszy przyprawiając o ból głowy zwłaszcza, że przybrała ten głupkowaty irytujący ton głosu - W zasadzie spóźniona byłabyś jakąś godzinę temu. Teraz po prostu olewasz lekcje - zaczęła coś kalkulować na palcach zawieszając wzrok na wielkim plakacie Vanessy Mae, która z wielkim zaangażowaniem grała jedną ze swoich ulubionych melodii. Mahoniowe skrzypce nie pasowały do dość oryginalnych rysów twarzy i pełnych, karminowych ust. Wyglądała raczej na reporterkę czy pogodynkę. Aczkolwiek grała pięknie.
- Masz dokładnie trzydzieści osiem minut do kolejnej lekcji - wyszczerzyła zęby w kretyńskim uśmieszku gdy kudłata główka wyłoniła się spod warstwy pierza.
- Nie idę do Studia. - odparła stanowczo sięgając po dresową bluzę, nieco za dużą. Nie usłyszała odpowiedzi, zobaczyła jedynie uniesioną brew i wykrzywione wargi. - Nie idę i już.
Widząc, że siostra nie kwapi się do spełnienia prośby, sama przeczołgała się do okna przykrywając je szczelnie warstwą liliowego jedwabiu.
- Czy coś się stało? - tym razem nie było ani trochę kpiny w jej głosie czy jakiejś chorej ironii. Jedynie ta sama troska, którą słyszała tak często, że niemal zapomniała jak brzmi jej naturalny ton - Jeżeli chodzi o sytuację z wczoraj, to... W ogóle jak do tego doszło? Wiedziałam, że te Twoje "zjem na mieście" właśnie tak się skończą. - zacisnęła kąciki ust kręcąc głową na boki niczym... matka?
Tylko skąd mam wiedzieć, jak wygląda matka?
- Nie przejmuj się - poruszyła przerwany wątek.
- Lena - przerwała siadając obok - Powiedz mi... Jak się tu znalazłam?
W piwnych oczach dziewczyny zabłysnęła iskra, uśmiech sam wskoczył na usta. Zapowiadało się na niekrótką opowieść.
- Z tego co mówił to... Gdy zemdlałaś nieźle się przestraszył. Oczywiście wywołałaś niemałe zamieszanie. Wszyscy się zbiegli poza Ludmiłą, która urażona wyszła z sali targając za sobą Tomasa. - prychnęła znacząco - Żal mi go trochę. Podobno poszedł z nią dla świętego spokoju. Gregorio sam zemdlał, ale nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. W końcu wiesz, zdarza mu się. Leon.. - zawahała się, ale widząc w oczach siostry przyzwolenie, kontynuowała nieco poważniejszym tonem- stał jak słup soli i w ogóle się nie ruszał. Patrzył tylko. Violetta o czymś tam gadała szukając telefonu w jego kieszeniach. Francesca z Marco od razu podbiegli. Sprawdzali, czy żyjesz, a przy tym tak się pokłócili, że do końca dnia nie zamienili ze sobą słowa. W końcu urażony chłopak poszedł po Pabla z tak niezadowoloną miną, jakby szedł na ścięcie - zachichotała - Viola skutecznie przeszukała Leona. Widząc jego zdziwioną minę zaczęła tłumaczyć, że nie ma telefonu czy coś tam. Zadzwoniła na pogotowie. Tam stwierdzili, że nic poważnego ci nie dolega. To cię tu przywiózł, chyba taksówką. Byłaś już przytomna, ale gadałaś jak naćpana. Więc cię zaniósł do pokoju.
Klasnęła w dłonie z wielkim uśmiechem. Jak mogła się tak ciągle śmiać? 
- Kto? 
- W sumie myślę, Że miał przerąbane. Wiesz, stres bo zemdlałaś, Gregorio zemdlał, Pablo nie było, a tu jeszcze wysłuchiwać naburmuszonej Ludmiły, kłótni przyjaciół i zażaleń Fran pod adresem Marco. Serio, jest chłopak wytrzymały...
- Kto?
- Jeszcze później mówił, że...
- Lena! - krzyknęła potrząsając siostrą za ramiona - Kto? Kto ci to mówił?
Spojrzała na siostrę jak na psychopatkę.
- No... Maxi oczywiście - ta prostota w jej głosie była nie do zniesienia. 

So, so you think you can tell
Heaven from Hell,
Blue skies from pain.
Can you tell a green field
From a cold steel rail?
A smile from a veil?
Do you think you can tell?

How I wish, how I wish you were here.
We're just two lost souls
Swimming in a fish bowl,
Year after year
Running over the same old ground.
What have we found?
The same old fears.
Wish you were here.

Nie poszedł do szkoły. Oczywiście matka wyraziła swoje niezadowolenie dość bezpośrednio wpadając rano do pokoju z wielkim hałasem. Cóż... Zachowywała się czasem jak wariatka, ale nic nie mógł z tym zrobić. Momentami zastanawiał się nad znalezieniem dobrego psychiatry, ale Catherina ani śniła iść na terapię. Kiedy tylko o tym wspomniał przez tydzień nie miał prawa stawać w zasięgu jej wzroku. Wolał więcej nie narażać się dzikiej tygrysicy, bo mógłby jeszcze skończyć w wariatkowie od samego patrzenia w rozognione piwne tęczówki. Momentami przypominała Camilę, która podczas swoich ataków agresji miała ten sam pożar w oczach. Aż się poparzyć można. 
A teraz siedział sobie wygodnie na łóżku dręcząc strunę gitary, która na złość nie dawała się nastroić. Na szczęście matka nienawidziła się spóźniać do pracy, dzięki czemu uniknął dwugodzinnego kazania na temat "Mam syna niesubordynowanego osła - co ja powiem sąsiadom". Znał już na pamięć tą głupią formułkę i wciąż nie rozumiał, jak można tak bardzo dopasowywać się do myślenia innych.
- Mogę? - usłyszał cichutki, nieco piskliwy głosik dochodzący zza uchylonych drzwi. 
- Nie - powiedział odruchowo, jednak łezki w kącikach zielonkawych oczu znów sprawiły, że poczuł się jak najgorsza osoba na ziemi - Susana gdzieś wyszła?
- Nie - odpowiedziała obejmując chudziutkimi ramionkami pluszowego misia. Stała wciąż w drzwiach świdrując brata tymi swoimi tęczówkami. Nigdy nie wiedział, jaki to jest kolor. Czasem zielony, innym razem bardziej błękitny. Takie same jak u ojca.
- To po co przyszłaś? - spytał wzruszając ramionami.
- Nie wiem - odparła podciągając piegowatym noskiem. Niepewnie weszła do pokoju wskakując od razu na łóżko tuż obok Maxiego.
- Rosa, nie zawracaj mi głowy - wywrócił oczami - Jestem zajęty, nie widzisz?
- Nie.
- Znasz już tylko to jedno słowo?
- Nie - wysunęła język ze szczerbatej buzi wtulając się w maskotkę. 
Obserwował ją przez chwilę próbując skupić się na strojeniu cholernej struny, która na złość wciąż nie brzmiała dobrze. Jednak obecność dziewczynki strasznie go irytowała. 
- Po co przyszłaś?
- Nie wiem.
- To stąd wyjdź.
- Przecież nic nie robię!
- To możesz nic nie robić gdzie indziej!

Zeskoczyła na ziemię obrażona.
- Kiedyś nie byłeś taki. Jesteś głupi! - krzyknęła trzaskając drzwiami.
Prychnął, choć dobrze wiedział, że to prawda. Niczym nie zawiniła. To nie przez nią miał taki podły nastrój. I znowu to cholerne poczucie winy...

Słońce dzisiaj było jakieś takie... zimne. Swoją pobladłą żółcią drażniło oczy. Ledwo wyłaniało się zza chmur nie grzejąc za bardzo. Wydawało się być jakieś takie zasmucone, niepewne. 

Jak ty Maxi?
Przynajmniej nie padało, co w sumie i tak nie miało większego znaczenia. Lubił deszcz. 
Przeszedł przez ogród zatrzymując się przed ojcowskim warsztatem. Mężczyzna spędzał tam każdą możliwą chwilę - taka pasja. Już dawno nauczył się, że gdy Juana nie ma w domu za pewne przesiaduje w swojej osobistej szopie. Bo tak wyglądał warsztat, jak miniaturka stodoły. Oparł się o dębową futrynę drzwi obserwując ojca, który właśnie strugał jakiś kolejny rupieć. Pewnie karmnik, czy coś tam. Już chciał sięgnąć po kawałek papieru ściernego gdy zauważył syna.
- Maximiliano - uśmiechnął się zdejmując gogle - Coś nie tak?
Wzruszył ramionami unosząc kącik ust. Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym wrócił do swojego zajęcia. 
- Więc... Co cię do mnie sprowadza? - spytał skupiając całą swoją uwagę na małej, drewnianej figurce.
- Nie wiem. - odparł podchodząc bliżej - Chciałem pogadać.
- Dobrze - chyba lekko się zdziwił, bo blade czoło rozorała długa zmarszczka - Więc mów.
- Właśnie... Nie wiem... Nic mi nie przychodzi do głowy.
Ojciec zaśmiał się.
- Widzę, że coś cię martwi - spojrzał na syna - Lecz jeśli nie chcesz, nie mów.
Patrzył w Juanowe oczy. Swoją nieodgadniętą barwą i kształtem niemal do złudzenia przypominały te siostrzane. Tyle, że były jakieś takie... głębsze. U dziewczynki nie dostrzegał tego dziwnego błysku i doświadczenia, które ojciec nazbierał latami. 
- Ja... Nie wiem co robić. Nie radzę sobie.
- Synu, problem można rozwiązać.
- Tylko jak, jeżeli go nie rozumiem?
Cisza, ta głupia głucha cisza, której tak nienawidził. 


She was like April sky
Sunrise in her eyes.
Child of light, shining star,
Fire in her heart.
Brightest day, melting snow
Breaking through the chill.
October and April.

He was like frozen sky
In October night.
Darkest cloud, endless storm
Raining from his heart.
Coldest snow, deepest blue
Tearing down his will.
October and April.

We were like loaded guns
Sacrificed our lifes.
We were like love undone
Craving to entwine.
Fatal torch,
Final thrill,
Love was bound to kill.
October and April.

Like hate and love,
World's apart,
This fatal love was like poison
right from the start.
Like light and dark,
World's apart,
This fatal love was like poison
right from the start.


solitario123: Dlaczego? Chciałaś się pobawić? Zniszczyć mi życie? Gratuluję, udało się. Bo sam nie wiem. Coś czułem... Ale to bez znaczenia. Teraz znam prawdę, wiem kim jesteś i już Cię nigdy nie pokocham.



***
^ The Rembrandts "I'll be there for you"
^ Pink Floyd "Wish you were here"
^ The Rasmus "October & April"

Powyżej macie piosenki, kolejnościowo.
To to by było na tyle. Wybaczcie niską jakość, ale wena gdzieś uciekła... 
Cóż, najwyraźniej pisanie nie jest dla każdego.
To do następnego (o ile ktoś w ogóle to czyta!)
Ana Julia

niedziela, 24 sierpnia 2014

One shot - Miejski rytm, czyli metaliczny posmak krwi

Postaci: Natalia, Diego, Maxi
Uwagi: Wulgaryzmy, nałogi, sceny drastyczne, erotyczne.

*
*


Kolejne krople deszczu wsiąknęły w delikatny aksamit czarnej sukienki. Poprawiła kołnierzyk odrzucając do tyłu loki, którym dziwnym sposobem udało się wyśliznąć z misternie spiętego koka. Odkaszlnęła jeszcze, przeglądając się w witrynie jakiegoś mijanego sklepu. Skręciła w alejkę, cichą i pustą, zakończoną ogromną stertą śmieci i pozostałościami srebrnej siatki, niegdyś służącej za płot. Nerwowo oblizała wargi poprawiając rzemyk zegarka. Tu miał czekać, ale jak zwykle się spóźniał. Zawsze była pierwsza, może dlatego, że bardziej jej zależało.
Nie czekała długo. Spomiędzy ceglanych budynków pokrytych licznymi warstwami spray'u wyłoniła się dość pokaźna postać. Każdemu krokowi chłopaka towarzyszył brzęk łańcuchów, które zawsze zawieszał przy spodniach. Wysokie glany, nie ukrywając dość zniszczone, przemokły doszczętnie, gdy kolejny raz nie ominął kałuży. Skórzana kurtka stanowiła barierę ochronną przed wyczuwalną w powietrzu ulewą. No i ten uśmiech, jako jedyny widoczny spod kaptura. Wydawała się przy nim taka krucha, jak dziecko. Tymczasem dzielił ich jedynie rok, może dwa lata.
- Masz? - spytała na wstępie nerwowo pstrykając palcami, jak to miała w zwyczaju. Roześmiał się, najpierw cicho, jednak już po chwili prawie tarzał się po ziemi.
- Oj, spokojnie kotku - powiedział pokonując dzielącą ich odległość, jednym krokiem stając tuż przed nią. Ciemne tęczówki zawiesił na czarnej falbance sukienki, która zsunęła się lekko z ramienia - Mamy czas.
Chwilę później znalazł się za nią, czuła ciepły oddech na karku, mieszaninę mięty i tytoniu. Zadrżała gdy zimne palce delikatnie musnęły jej ramię, następnie zajmując się suwakiem na plecach. Nawet się nie zorientował, gdy stanęli ponownie twarzą w twarz.
- Nie wydurniaj się - stanowczość bijąca od jej drobnej sylwetki przerosła go o głowę - Wiesz po co przyszłam.
- Zabawna jesteś gdy się wściekasz - ponownie wyszczerzył zęby odsuwając się na krok. Ukrył dłoń w kieszeni wyciągając paczkę papierosów najmocniejszych na rynku. - Po trzy.
- Masz całą paczkę. Po całym.
- Zadziorna - zaśmiał się rzucając zapalniczkę w jej stronę - Dobra, niech ci będzie.
- Proszę, proszę. Po tylu latach w końcu się nauczyłeś, że i tak nie wygrasz?
- Nie, po prostu szkoda czasu na kłótnię - skwitował wypuszczając kłęby dymu z płuc. Szybko się uwinął wrzucając peta do kałuży. - Ile masz kasy?
- Tyle ile potrzeba, a co? - spojrzała w jego stronę opierając się o ścianę budynku.
- Towar podrożał - stanął znowu blisko, trochę za blisko - Chyba, że no wiesz... - znowu zadrżała, jego szept drażnił ucho - Zdołasz mnie jakoś przekonać.
Niemal wpadł w stertę śmieci, gdy w końcu zareagowała mocnym pchnięciem. Przyłożyła znów papierosa do ust słysząc w odzewie jedynie chichot.
- Trochę poczucia humoru, skarbie.
- Diego - ostatnia chmura dymu poszybowała powietrze, obcas przygniótł niedopałek - daj sobie spokój. Znamy się trochę i...
- To nie moja wina, że tak śmiesznie się denerwujesz. Wtedy twój nos się tak marszczy, a brwi...
- DIEGO! - uniósł ręce w geście rezygnacji.
- No już dobrze. Dawaj kasę, ja daję towar i idziemy, każdy w swoją stronę.
Mocny uścisk dłoni, przynajmniej tak widzieli to przechodnie. Tymczasem pieniądze zmieniły właściciela, podobnie jak mała saszetka.
- Nadal cię lubię, nie spieprz tego.
- Skarbie, jestem jedyną osobą, która jeszcze z tobą gada.
- Zawsze mogę znaleźć nowych przyjaciół.
- Te wytapetowane lafiryndy, których jedynym problemem jest brak szminki? Gówno wiedzą o prawdziwym życiu. Debilki. Podobnie te idiotyczne karykatury facetów. Kpią z nas, nazywają dziećmi ulicy. Są fałszywi. Patrzą tylko na pieniądze i na to swoje sielankowe życie. Nie mają problemów. Nie interesuje ich, dlaczego jesteśmy właśnie tacy. Umieją tylko oceniać, śmiać się z tych, których naprawdę doświadczyło.
- Wyluzuj. Wiem, jak jest.
- Nie mogę już tak dłużej.
- Diego...
- Nie!
Przyparła go do muru, spojrzała głęboko w oczy. I jedynie ten mały płomyk na ciemnej tęczówce, który niczym deszcz splamił jej blady policzek, pozwolił mu opanować nerwy. Otarł łzę z jej twarzy.
- Muszę iść - wróciła do rzeczywistości. Wywrócił oczami - Wiesz, że tylko po to tu przyszłam.
Odeszła kilka kroków wtapiając się w tłum szarych pacynek.
- Kotku, jesteś pewna?


Oni i ja, wiesz ja mam swój świat
Oni czarno-biali, a ja mam w oczach blask.

- Park? W taką pogodę? - spytała. Ziewnęła ocierając zmęczone powieki, nieco posiniałe od przyjmowanych dawek. Włosy przypominały bardziej gniazdo ptaków. Zresztą jej strój wcale nie był w lepszym stanie. Koszulka bez rękawa naznaczona licznymi plamami i czarne legginsy z wielką dziurą na kolanie.
- Cóż, lubisz deszcz - odparł w skrócie chowając dłonie w kieszeniach.
- Czekaj, muszę się ogarnąć - powiedziała znikając za zniszczonymi drzwiami mieszkania. Wyblakła pęknięta tabliczka mówiła, że mieszka tu nie kto inny niż sam Roberto Perdido, najsłynniejszy osiedlowy menel w mieście. Mało tego, podobno przebywa tu także jego żona, Inme. Zabawne. 
Nie minęło pięć minut gdy wróciła, co było dla niej typowe.
- Idziemy? - spytała z nikłym uśmiechem naciągając kaptur na głowę - Wybacz, że tak długo. Nie mogłam znaleźć bluzy.
Pamiętał, że dostała ją dawno od niego samego. Szara, sięgała jej gdzieś do połowy uda. Ale cóż, taki styl lubiła. A raczej musiała lubić. 
- Mogłaś się chociaż uczesać - skwitował z końskim uśmiechem na ustach. Wywróciła oczami.
- Dla ciebie? Nigdy.
Ławka. Zawzięta rozmowa o wszystkim i o niczym. Milczenie... Niebezpieczna cisza następująca po i przed każdą wypowiedzią. Papierosy. Dym. Łzy.
- Ostatnio był w domu... Może tydzień temu. Wisi mi co robi i gdzie jest. Lepiej mi, gdy go nie ma. Szczerze wolałabym znów wrócić do bidula, niż mieszkać z tym frajerem.
- To twój ojciec.
- Nie, nie wiesz co mówisz. Liczyłam na inną przyszłość, rozumiesz? Myślałam, że wyjdę z domu dziecka i ułożę sobie życie, ale nie! Wszystko musiał spierdolić! - krzyczała coraz głośniej, paznokcie coraz głębiej raniły skórę.
- Mała, uspokój się.
- Mhm - krew spłynęła cienką stróżką z nadgarstka wzdłuż dłoni skapując następnie z koniuszków palców. Często sama sobie zadawała ból, tworzyła nowe blizny. Nienawidziła tego kim jest, nienawidziła swojej przeszłości i nie umiała patrzeć w przyszłość. Chciała zapomnieć. Problemy mnożyły się, ich ilość ją przerastała. Od dawna nie miała już sił walczyć, myślała tylko o jednym - by ze sobą skończyć. Każdy dzień był kolejnym ciosem. Nie miała sensu w życiu, nie miała celu, nie potrafiła marzyć.
- Hej - kawałek szkła wypadł z jej dłoni, krew dalej kapała tworząc mozaikę na chodniku - Przestań - w jego ramionach zawsze szukała pomocy. Był trochę jak jej osobisty anioł, dawał poczucie bezpieczeństwa - Jesteś dla mnie zbyt ważna.

Prawdy nie znają ludzie,
 z którymi mieszkam...


- Co ty kurwa powiedziałaś? - mimo zadanego ciosu wyprostowała się wypychając dumnie pierś do przodu. 
- Jesteś nic nie wartym... - kolejny raz uderzył z taką siłą, że upadła na odłamki szkła i brudu. Zatoczył się do tyłu, po czym poszedł, a raczej przepełzł do obskurnego pokoiku. Z wielką siłą rzucił naprocentowane ciało na kanapę wylewając przy okazji resztkę trunku. Niecelnym rzutem butelka trafiła w ścianę, dosyć daleko od jej skulonej postaci, i rozbiła się na drobne kawałki. Coś tam bełkotał pod nosem, jednakże szybko głowa Roberto opadła na zniszczony zagłówek tapczanu. Gardłowy charkot rozniósł się po mieszkaniu wzbijając w powietrze woń alkoholu. Zasnął. A gdy tylko nadarzyła się okazja wybiegła z piekła, którym już od dawna był jej rodzinny dom.
Ulica świeciła pustkami. Ocierała nerwowo krew, próbowała opatrzyć rany, choć małe to tak liczne. Szkło boleśnie przebiło skórę umożliwiając poszarzałej purpurze ujrzeć światło dzienne. Nie płakała przyzwyczajona do codziennej sytuacji. Z głównej drogi skręciła w wąską alejkę. Zimny wiatr smagał jej policzki, bawił się włosami. Drżącymi dłońmi ocierała pot z czoła. I nagle, zupełnie przypadkowo, wypłaciła komuś z łokcia prosto w twarz.
Z przerażeniem popatrzyła w jego stronę układając w myślach przeprosiny. Chłopak zatoczył się gładząc pulsujące miejsce, jednak nie wyglądał na wściekłego. Gniew nawet nie naruszył łagodnych rysów twarzy.
- Nie szkodzi - uśmiechnął się pocierając zaczerwienioną skroń. Podniósł wzrok i zamarł.
Krew spływała po nagiej skórze przyprawiając o dreszcze. Włosy zamieniły się w zlepki brudu i słonych łez, a limo pod okiem zaczęło już sinieć - Wszystko w porządku? Ktoś cię pobił?
- Nie ważne. Dobrze, że nic ci nie jest, cześć! - chciała odejść, powstrzymał ją łapiąc jej kruchą dłoń.
- A ty? Krwawisz. Powinnaś jechać do szpi...
- A co cię to w ogóle obchodzi? Przecież jestem tylko głupią ćpunką z ulicy. Zapomnij.
I w mgnieniu oka zniknęła za marmurową ścianą budynku.
Niebo przybrało odcień pięknego szafiru, a słońce świeciło jaśniej. Ptaki śpiewały piękne serenady, delikatny przyjemny wiatr bawił się płatkami kwiatów.
- O tobie? To niemożliwe.


Nikt nie podejdzie do mnie, nie powie mi wprost,
Że nienawidzi mnie, że po prostu ma mnie dość..

- Co się stało? - spytał gładząc świeże rany opuszkami palców. Troska mieszała się z gniewem tworząc na jego twarzy mieszankę emocji. Oparła się plecami o mur biorąc kolejnego bucha.
- Jeszcze pytasz? - prychnęła ironicznie - Tatuś.
Zatoczył się ukrywając twarz w dłoniach. Zacisnął pięści.
- Kurwa! - wrzasnął uderzając w ścianę. Tynk wykruszył się - Zabiję gnoja!
Jego twarz przybrała niemal karminowy odcień, zazgrzytał zębami. Dawno nie widziała go w stanie takiej furii. Gdyby ktoś teraz stanął mu na drodze z pewnością nie wyszedłby z tego cało. Znowu musiała interweniować.
- Diego, proszę cię. - mówiła spokojnie trzymając krwawiącą rękę na jego torsie. Drugą wyciągnęła właśnie papierosa z ust wzbijając w powietrze chmurę dymu. - Nie mogę stracić też ciebie. Pomyśl o konsekwencjach.
- Konsekwencjach? - zaśmiał się kręcąc z niedowierzaniem głową - To co? Mam czekać, aż ten sukinsyn cię zabije?!
- Diego... - pogłaskała go po policzku - Zrobił swoje. Teraz znowu zniknie na kilka tygodni, do tego czasu się zagoi.
Wyrwał się z jej kruchych ramion.
- A potem co?! Znowu cię zleje?! Znowu cała we krwi przyjdziesz z płaczem?!
- Nie, nie, proszę cię - mówiła niemal szeptem patrząc głęboko w ciemne tęczówki - Nie myśl o tym. Potrzebuję cię, właśnie teraz. Spójrz na mnie. Cierpię, widzisz? Bądź przy mnie, błagam.
I znów znalazła się w silnych ramionach, wdychając woń jego perfum. Dusiła się łzami plamiącymi ciemną koszulkę chłopaka, który głaskał jej ciemne włosy szepcząc do ucha.
- Nie pozwolę mu cię znowu skrzywdzić, rozumiesz? Nikomu nie pozwolę - wydawała się tak krucha. Próbował ukoić jej ból - Jeżeli ktoś cię tknie, zabiję go.

Dziś mam siłę i odwagę by wyrazić ból,
Bo bywają takie dni, że po prostu padam z nóg...


KONIEC CZĘŚCI I


***
Witajcie skarby... (o ile ktoś w ogóle to czyta)!
Beznadziejnie? Wiem.
Z opóźnieniem? Wiem.
Krótko? Wiem.
Ale cóż... Wybaczcie mi ten one shot. To oczywiście pierwsza część z kilku, najprawdopodobniej trzech. Piosenka: "Czarno-biali" Tes
Nad rozdziałem pracuję, na razie w mojej głowie, ale najbliższy tydzień najprawdopodobniej spędzę przed komputerem :)
Chcę was jeszcze raz bardzo przeprosić za to opóźnienie, ale wiecie jak to w wakacje...
Teraz nigdzie się nie wybieram przez dłuuugi czas (wiecie jak się stęskniłam?) :)
To chyba na tyle...
W takim razie do następnego misie!
Ana Julia


Obserwatorzy