Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2015

Capitulo Dieciocho "Bo wolę czuć ból niż kompletnie nic..."





Mógłbym jej powiedzieć, że ją kocham. Obyłoby się bez łez wzruszenia, wbitych pod skórę paznokci czy wyłamywania zdrętwiałych z zimna palców. Nawet nie musiałbym miętolić krawędzi koszulki. Po prostu powiedziałbym to. I już.
Kocham ją - jedyną i prawdziwą. Uwielbiam słyszeć jej serce ocierające się o moje przez warstwy niepotrzebnych materiałów i tkanek. Uwielbiam wyczytywać z oczu troski i tajemnice. Uwielbiam całować włosy, nawet jeśli tylko koniuszkami palców. 
Kocham ją, najlepiej jak umiem. Najczulej. Piękniej od wąskich poświat spadających gwiazd.

I mógłbym to powiedzieć, wykrzyczeć, wyśpiewać, wytańczyć. Szeptać co wieczór - a nawet i w dzień, wydychać z dwutlenkiem węgla, wypłakiwać z oczu, pisać na wewnętrznej stronie dłoni. 
I mógłbym tym sny wypełniać, wszystkie myśli, słowa, spojrzenia, drgnienia powiek, pustki między palcami, szczeliny w warstwach przesuszonej skóry.
I mógłbym tym wzlecieć, jak lampiony w chłód onieśmielonych gwiazd, sam z płonącym uczuciami sercem.
Mógłbym.

Tylko - czy nie wpadłbym wtedy w zgrabnie złożony wachlarz kłamstw? I nie skakałbym między nićmi rozdygotanego materiału? 

Przecież kocham - to prawda. Tylko ja jestem kłamstwem.

Kłamstwem, które wcisnęło się krzywe pęknięcie między drugim a trzecim kawałkiem jej serca. To nic, że o innej barwie i gęstości. Przecież zawsze można udawać, że wszystko jest w porządku. Ale udawanie to oszustwo, tylko ładniej nazwane.
Kłamstwem, które pragnie tak bardzo być prawdą. Być może samo w to wierzy i - choć mu niewygodnie - tkwi w miejscu przeznaczonym dla kogoś innego.
Jestem tym kłamstwem. I już zawsze nim będę.

Ale pojawiają się też nieporozumienia, których nikt nie potrafi wyjaśnić, choć usilnie szuka nieistniejących definicji. Takie właśnie mają pozostać - nierozwiązane. Kto jednak umiałby je wtedy zaakceptować? Ja chyba muszę.
Bo nie pasuję do kształtów jej serca, nie sklejam go bezpowrotnie, nie jestem kolorem jej krwi. Ale ona moim tak. 

Miłość nie może istnieć bez cierpienia.
Zabawne.

Mógłbym jej powiedzieć, że ją kocham. Mógłbym. Ale wtedy zniszczyłbym też ją. 
To nie jest tego warte. Nigdy nie będzie. 
Bo wolę płakać z bólu nocami, wyciskać z płuc powietrze i skórę drapać aż do otwartych ran, niż wstrzykiwać truciznę także pod jej skórę.
Czy mógłbym wtedy spojrzeć w lustro?

Kocham ją - to nie jest kłamstwo. Szkoda, że nigdy już jej tego nie powiem.

***

- Mierz siły na zamiary. Jakoś tak chyba mówią...
- Taa, mówią też "jesteś tym co jesz". Jesteś roztopionym batonikiem? Jesteś zepsutym twarożkiem? Jesteś spaloną frytką?
- ...i ja myślę... Chwila. Jestem frytką?!
- Może... Patrzyłeś ostatnio w lustro?
- Jaaa... Nooo... O czym rozmawialiśmy?
- O frytkach.
- Nie, nie. Wcześniej.
- O... W sumie to o niczym.
Trampki kupił w zeszłym tygodniu, a już zdążył podrzeć je w trzech miejscach. Granatowe nitki brudne przy końcach sterczały na wszystkie strony kołysząc się na wietrze, niemal równo z odrapanymi skuwkami sznurówek. Będzie musiał kupić nowe.
- Serio? A tak się da?
- Najwidoczniej tak.
- Ale... Jak wygląda nic?
- Jak wnętrze twojego mózgu.
- Ja mam mózg?
- Sam się zastanawiam.
Przydługa trawa omiatała smukłymi palcami nogawki poszarpanych przy końcu spodni. Przydałoby się ją skosić.
- Dziwne. Można żyć bez mózgu?
- Chyba nie.
- Czyli mam mózg.
- Chyba tak.
"Chyba" jako jedyny rodzaj prawdy, który mógł pojawić się w jego życiu, padać z ust równo z zapachem gumy do żucia, kiedyś miętowej. Całkiem ciężko iść po niepewnym gruncie, jak po lekko naderwanej linie zaczynającej pękać, gdy jest się już blisko drugiego końca. Albo pomoście ze spróchniałych fragmentów drzew. 
- Całkiem fajnie jest go mieć.
- Mhmmm...
- Myślisz, że Edgar też ma mózg?
- Jaki Edgar?
- No Edgar, mój pluszowy łoś.
- Masz pluszowego łosia?
- W sumie to nie.
- Mhmmm...
- Wiesz, mówię na niego łoś, bo nie ma rogów i mu przez to smutno. A ja nie chcę, żeby było mu smutno.
- Mhmmm...
A jednak usilnie uczepił się ich, jak naderwanej nadziei, pląsającej wzdłuż nóg więzami grubych nici. Ciężko było wspiąć się po nich i stanąć na niestabilnym fundamencie ze szkieł jej oczu, jednak lepiej czuć strach, lepiej ból, niż kompletnie nic.


***


Czasem mi się śni. Jej włosy są jak ocean, po którym płyniemy na płatkach przesiąkniętych słońcem kwiatów. Razem, ramię w ramię. Wydajemy się inni, ale podobni. Wolni, ale uwiązani. Jesteśmy osobno, ale należymy do siebie. Dziwne zależności, które w prawdziwym życiu nie mogą mieć miejsca.

Lubię tak sobie o niej śnić. Wtedy wszystko to, co nas dzieli, odpływa daleko za wody Pacyfiku. Może ląduje gdzieś u wybrzeży Indii i staje się tak nieważne, jak ginąca na tle nieba biedronka, którą chwilę temu trzymaliśmy w dłoni. Znika na tle jej oczu i pięknego serca.


***

- To co będzie z tym Edgarem?
- Jakim Edgarem?
- No... Twoim pluszowym łosiem.
- Ja mam pluszowego łosia?
- Wiesz... Zapomnij.
Miał lekko sine powieki i pękniętą żyłkę w oku. Może był też blady, ale Włosi już tak mają. Ciężko rozpoznać, kiedy naprawdę coś im dolega.
- O czym? 
- Andres...
- Ale... Ja muszę wiedzieć, jak się nazywam. A nazywam się Andres. A może Edgar? Fede, jak mam na imię? Sam już nie wiem...
- Andres.
- To dlaczego mówiłeś, że Edgar?
- Posłuchaj mnie uważnie i się skup.
- Jestem skupiony. Cały czas. Skupiam się.


***

Trzymałbym jej dłoń. Jej dłoń w swojej. Większej, bledszej, nieco grubszej - innej. Ale to wciąż byłyby nasze dłonie. Złączone. 

Dotykiem przepływałbym między jej palcami, oddechem po karku, spojrzeniem przez oczy. I nawet nie pomyślałbym o tym, że może nie należeć do mnie. Po prostu byłaby ze mną, moja, tylko moja. 

A jeżeli o niej myślę? Czy kradnę ją komuś? Kradnę słowami, których przenigdy jej nie powiem? Kradnę snami o jej lokach, oczach ciemniejszych od atramentu? Kradnę biciem serca, bo przecież bije dla niej? Kradnę powietrzem wypluwanym z płuc? Łzami wsiąkniętymi w poduszkę? Wspomnieniami, które dzielimy tylko my? Miesiącami westchnień i bezsennych nocy? Potokiem spojrzeń? Promieniem dotyku? Poszarpanymi marzeniami, może - nadziejami? Gwiazdami podkradanymi z nieba w objęcia naszych powiek? 

Czy mogę kraść ją w taki sposób?

***


- Zastanawiam się...
- O, to coś nowego.
- Cicho. Zastanawiam się...
- Andres się zastanawia?
Miał ciepłe zielone oczy, w odcieniu tak dobrze znanej mu nadziei, które teraz wydały mu się bez wyrazu i smaku. Leon już tak miał, że każda kłótnia z Violettą odciskała na nim swoje piętno, wyduszała serce jak gąbkę nasiąkniętą ciepłą wodą. Wszystko, co w nim fruwało, w jednym momencie straciło skrzydła. Przemokło w deszczu łez, schyliło się ku ziemi, bardziej przyziemnie patrząc na świat. Boleśniej.
- Ta...
- Zabawne.
- Ej, ale... Przez was się gubię, mieszacie mi w głowie.
Może nawet czuli się podobnie. Oboje zranieni, wykończeni czekaniem. Z tą różnicą, że relację Leon - Violetta zawsze można było naprawić. Co więcej - wszystko się do nich sprowadzało. Każda droga prowadziła ich do siebie, bez względu na to jak krętymi ścieżkami by poszli. Po prostu ich życia splatały się w jedno na pewnym odcinku, będąc murem nie do przebicia. Zbudowanym z marzeń, uśmiechów i chęci.
W jego wypadku nawet to nie wystarczyło.
- My?
- Tak.
- Jesteś pewien?
- Nie wiem.
Żyły coraz silniej pulsowały na rękach, oddech palił w krtani, jakby połknął nóż. Bolał go każdy odcinek ciała. A więc tak się usycha z miłości.
- Skup się.
- Przecież... Ja...
- Andres.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
- I uciekł.
- Tak.

***

Szkoda, że przed miłością też nie można uciec. Przed niczym, co się czuje. Przed tym, co jest częścią nas, ale tak naprawdę nas niszczy. 

***

Ciszy też można mieć dość. Zwłaszcza wtedy, gdy ma się tak wiele do powiedzenia. 
- To... Jak się czujesz?
Doceniał starania Leona, bez względu na to, co sobie myślał. Po prostu czasem czuł, że on nie chce pomóc, jedynie próbował jakoś zacząć rozmowę. Nawet tym najmniej właściwym pytaniem. 
- Wiesz... Po staremu?
W jego głowie brzmiało to pewniej. Nie lubił niepewnych rzeczy.
- Jesteś tego pewny?
- Raczej tak.
- Więc dlaczego brzmiało jak pytanie?
- Chyba lubię zadawać pytania.
- Okej.
Przy Leonie nawet najgłupsze sprawy wydawały się normalne. Może właśnie to wciąż trzymało ich przy sobie. 
- A u ciebie?
- Wolałbym raczej ominąć ten temat.
- Mhmmmm...
Nie żeby nie wiedział, co aktualnie się działo. Oboje wiedzieli. Jednak istnieje taka cisza, która zastępuje niepotrzebne słowa. I nie jest ani niezręczna, ani krzywdząca.
- Fede... Nie jest dobrze.
- Wiem, że Viola...
- Nie miałem na myśli Violetty. 
- Więc?
- Chodziło mi o ciebie.
Otworzenie oczu zajmuje trochę czasu. Zwłaszcza wtedy, gdy nie chce się widzieć niczego.


***************************************************************
Ja naprawdę nie wiem, co to jest XD I dlaczego to udostępniam. Chyba dlatego, że nie mam wam nic innego do zaoferowania.
Beznadzieja i dno. Cierpię na upośledzenie twórcze, proszę, bądźcie wyrozumiali (o ile jest tu ktokolwiek). Pomysł na historię mam, ale brak talentu to już inna sprawa. Dlatego na razie musicie się zadowolić tym ****[cenzura]***. 
Ostatnio coś pojawiło się w marcu. Żenada to zdecydowanie zbyt łagodne słowo na
określenie tego, co ostatnio wyprawiam. 
UWAGA: NIE POLECAM W OGÓLE TEGO CZYTAĆ.
Wiecie, poważnie się zastanawiam nad rzuceniem tego wszystkiego w diabły. Obiecywałam, że wrócę po testach. Nie udało się. Obiecywałam, że wrócę po wystawieniu ocen. Nie udało się. Obiecywałam, że wrócę po zakończeniu roku. Nie udało się. No a teraz wracam i to z takim czymś. Zaledwie zalążkiem rozdziału, który wyszedł gorzej niż beznadziejnie. I do tego napisanym już daaawno temu. Matko Boska, to już jest dno dna.
Ostatnio czytałam pierwsze rozdziały i wiecie co? Odebrało mi mowę. To było gorsze od hejtów, którymi ostatnio na asku mnie zasypują. Ta, widocznie nie nadaję się już do niczego (tu dałabym lajka lub uśmiechniętą buźkę).
Trudno.
Od jakiegoś czasu nie jestem człowiekiem, tylko chodzącą rozpaczą. Musicie mi wybaczyć, proszę. No i przepraszam. Tylko tyle mogę.
No nic, zostawiam was z tymi marnymi wypocinami w łapkach. Zróbcie z tym co chcecie. Możecie spalić, jak swetry Facu. Możecie hejcić, jakoś przeżyję. Możecie szykować cegły.
Tylko pamiętajcie, że was kocham.
Bez względu na to, jak tandetnie to tutaj brzmi.

czwartek, 5 marca 2015

Capitulo Diecisiete "Znajdźmy sposób, aby zgubić siebie samych..."


całus ,.gif

- Federico… - mówiła tak niewinnie, niemal bezgłośnie, jakby w strachu, że może zniszczyć ten drobiazg rozpalający nadzieję. O ile w ogóle jakaś istniała.
Obrócił głowę w jej stronę, leniwie. Zmrużył oczy, rzęsy wyłapywały promienie słońca bawiąc się nimi, odsyłając. Może nawet przeplatając ze złotem i oddając ciemną barwę, jakby blaknąc. Ważne, że skutecznie chroniły oczy przed światłem.
- Kiedy zrozumiałeś, że… Że mnie kochasz?

Kiedy wiatr zmienił kierunek.
Kiedy twój uśmiech raził jak słońce.
Kiedy przestałem marzyć o innych oczach.
Kiedy nasze dłonie splotły się pierwszy raz.
Kiedy powiedziałaś, jak jestem dla ciebie ważny.
Kiedy ocierałem twoje łzy.
Kiedy śpiewając myślałem o tobie.
Kiedy mi się przyśniłaś.

- Nie wiem – odpowiedział po chwili ciszy, tak bardzo niezręcznej i uspakajającej zarazem. – Chyba wtedy, gdy opowiedziałaś mi o swojej mamie. Poczułem, że bez ciebie nie potrafiłbym żyć. A potem już tylko…
- Tylko co? – na jego twarzy dostrzega rumieniec, tak czerwony, jak pąk róży.
- Patrzyłem na twoje usta i… I myślałem, jakby to było cię pocałować. Potem zaczęłaś pojawiać się w snach, przypadkiem napisałem sobie twoje imię na ręce. Widziałem cię też w muzyce. – patrzyła wzrokiem niepewnym, zamkniętym na świat, ale ciepłym i łagodnym. – Co?
- Mówisz tak pięknie – uśmiechnął się mimowolnie, a policzki zaczęły stygnąć. Odskoczyła lekko, zwinnie na pięcie i spojrzała zmieszana na stare martensy. – Jak to w muzyce? – wzruszył ramionami.
- No wiesz… Miałem ochotę ciągle śpiewać. Stale, nieprzerwanie. Któregoś razu zauważyłem, że myślę o tobie gdy gram. To dla ciebie śpiewałem. Chciałem powiedzieć, co czuję.
W oczach zatańczył mu smutek; zagrał jak na zniszczonym instrumencie. Odwrócił głowę, nerwowo drżały mu ręce. Patrzył gdzieś daleko, nad drzewa, nad chmury, nad niebo… I tysiąc metrów wyżej. Tam gdzie zapomniane dusze tańczyły dzień i noc uwikłane w swoje własne bajki, połączone jedynie uczuciem. A ona zrozumiała, że sprawiła mu przykrość.
Nie wiedziała dokładnie, co nią kierowało. Może to chęć pocieszenia tych oczu smutnych, co rdzewiały tak szybko, płaczem. Może to uczucia nierozpoznane, nie każda przyjaźń jest miłością. A może pragnienie wymazania jego z umysłu i wypędzenia z serca. Nie wiedziała nawet wtedy, gdy poczuła ciepły oddech na twarzy, a dłoń wplątała się w ciemne loki.
Ani wtedy, gdy złączyła miękkie wargi w pocałunku.
Usta miał gorące i słodkie, powiedzieć można przyjemne; łapczywie pragnące jej dotyku, choć cierpliwe. Smakowały szczęściem i miłością tą, którą do niej czuł. Nie przerwał pocałunku, ale wiedział, że powinien. Bo nie jego kochała, prawda? Ale nawet w to już zaczął wątpić.
Tylko ona wiedziała, że tak naprawdę to nie te wargi powinna smakować. Nie Federico.
Jednak nie chciała wierzyć i wmawiała sobie, że wszystko jest na swoim miejscu.
M A X I

Bo czasem z tą miłością jest różnie.
Prawda, Natalka?




Jeśli kiedykolwiek utkniesz w środku morza,
Przepłynę świat, aby Cię znaleźć.
Jeśli kiedykolwiek zgubisz się w ciemnościach i nie będziesz nic widzieć,
Będę światłem które Cię poprowadzi.

Jeśli się wiercisz i kręcisz i po prostu nie możesz zasnąć,
Będę śpiewać piosenki
przy Tobie.
A jeśli kiedykolwiek zapomnisz, ile naprawdę dla mnie znaczysz
Każdego dnia będę
Ci przypominał.

Zawsze masz moje ramię, gdy płaczesz
Nigdy nie odpuszczę
Nigdy nie powiem 'żegnaj'...


- Idziesz i koniec.
- Nie idę do żadnego kościoła. I nie przekonasz mnie.
- A kiedy...
- "byłeś ostatnio?". Co cię to w ogóle obchodzi?
- Idziesz Maximiliano!
- Nie!
Trzasnął drzwiami tak mocno, że zawiasy niebezpiecznie zaświszczały. Poprawił czapkę, którą usilnie próbowała skonfiskować. Nie wiedział, co miała w głowie, ale czasy, kiedy jej zdanie brał choć trochę pod uwagę już dawno przeminęły. W każdym razie miał ciekawsze rzeczy do robienia niż słuchanie jak wiekowy ksiądz sterczy przyklejony do ambony i czyta jakieś bzdury. No i te całe "ogłoszenia parafialne". Godzina nudzenia się, a przecież chodzi im tylko o to, by wyżebrać pieniądze. Jak wszystkim.
Kopnął jakiś długopis i zaśmiał się złośliwie.
Słońce wdzierało się nieproszone do pokoju bezczelnie rażąc w oczy, odpryskując się na tęczówkach. Wiatr melancholijnie kołysał wierzchołki drew. PROSZĘ
Czasem o niej myślał. Nie, żeby tak cały czas. Tylko czasem. Ciągle to sobie powtarzał, jakby - wmówione - mogło wymazać  t e  loczki z pamięci, pobawić się imieniem i ułożyć w zupełnie nowe słowa, które nie będą odbijać echem pulsującej w żyłach burzy emocji. Niezdecydowania. 
I czasem - nieświadomie - patrzył na to głupie zdjęcie, na którym pięknie się śmieje. Nie, nie pięknie. Najbrzydziej na świecie. CIĘ

Jak długo można się oszukiwać?

Najwidoczniej całkiem długo. 
Czasem - jak mylnie brzmi to słowo, które już nigdy nie będzie pasować obok jej imienia - zastanawiał się, jakby to było, gdyby poznali się inaczej. W innym miejscu, okolicznościach i wśród innych ludzi. Czy miłość, choć nierealna i - znów wpajał kłamstwa - być może nieprawdziwa miałaby prawo istnieć? OPUŚĆ

Miłość? W świecie bez miłości?
Na jakim ty świecie żyjesz?

Tak. Bez miłości jest łatwiej, prawda? MOJE

Teraz tak myślisz?

Ale chyba trochę już na to za późno...
SERCE.



Na kolanach błagam
O szansę na ostatni taniec,
Bo z Tobą wytrzymam
Całe to piekło, by wziąć Cię za rękę.
Dałbym wszystko,
Wszystko za nas;
Dam wszystko, ale się nie poddam,
Bo Ty wiesz
Ty wiesz...

Kocham Cię,
Zawsze Cię kochałem
I tęsknię za Tobą
Gdy zbyt długo jestem daleko;
I marzę o tym, że będziesz ze mną
I nigdy nie odejdziesz;
Stracę oddech jeśli
Nie zobaczę Cię już więcej...


Tylko powiedz, czy to ma jakiś sens?

Niepewnie się odsunął, wargi - przesiąknięte jej zapachem - oderwał, choć przecież nie chciał.
- Nie, Natalka... - szepnął trochę zbyt cicho. 

- O co chodzi? - spojrzała w te oczy poranione. A przynajmniej próbowała skupić na sobie tępy wzrok tęczówek, które znikały gdzieś między płatkami róż.
- Przecież wiesz.
- Fede, ja tylko...
- Powiedziałem: nie. Nie wracajmy do tego. - był tak pewien tego co mówił, niemal sam wierzył. Jednak gdzieś w nim tkwiła ta cząstka, która nieznośnie dziergała jej imię pod skórą. No i drażniła go niemiłosiernie.
- Ale Federico...
- Co? Chcesz mi wmówić, że o nim nie myślisz? Że nie z nim teraz chciałabyś być?
- On dla mnie nic nie znaczy...
- A do prawdy? - wzrok miał pełen bólu, tak ostrego, jakby jakaś cząstka serca próbowała się przezeń wydostać. Może i tak było, kto wie? - Nie chcę cierpieć.
- Nie mam zamiaru cię skrzywdzić.
- Więc nie wracajmy już więcej do tego.
- Fede, ale to z tobą chcę teraz być, to ciebie chcę kochać.
- Chcesz, chcesz... A co tutaj masz do chcenia? To jest miłość, nie koncert życzeń. - cisza zwisała z jej rzęs, zaplątała się w lokach. Przylgnęła do warg i niespokojnie drżała na dłoniach, wówczas splecionych. Wiatr scałowywał fałszywość z koniuszków palców i zabierał ją tam, gdzie nigdy nie chcieli wracać. Zniknęła wraz z wspomnieniem słodkiego pocałunku, którego gorycz wciąż plątała na języku. Ptaki przyglądały się z zaciekawieniem dwóm lalkom, może porcelanowym, ale tylko w jednej widziały serce. W tej z ciemnymi loczkami i tęczówkami w odcieniu polerowanego hebanu. Trzymała je w dłoniach, tyle że nie należało do niej. Jakby dostała prezent i nie wiedziała, gdzie go schować. Tak, to jego miłość, przed chwilą wyrwana i tak boleśnie poszarpana przy krawędziach. Grymas bólu zniekształcił delikatne rysy.
- W porządku. - mówił już trzeźwo i spokojnie, choć nadal smutno. - To przecież nie twoja wina. - pogłaskał lekko po policzku. Nadal nie spojrzał w oczy. - Nie powinienem był się w tobie zakochać...



Niczym nienawiść i miłość,
Oddzielne światy.
Ta zgubna miłość była jak trucizna od samego początku.
Niczym światło i mrok,
Oddzielne światy.
Ta zgubna miłość była jak trucizna od samego początku.

Byliśmy niczym niespełniona miłość
Pragnąca się spełnić.

Feralna pochodnia,
Ostateczny dreszcz,
Miłość przeznaczona na śmierć...


Powiedzmy, że wcale nie chciał uciekać. I nie zniknąć, jedynie nanieść poprawki na skatowany świstek papieru, na którym ktoś streścił jego życie. Musiał być wtedy pijany, ale nie wdawajmy się w szczegóły. Nie liczyła się przecież ta przecudna człowieczyna (Cóż… Przecież nie chciała źle, nie?), a właśnie on, Maximiliano Ponte – największa zakała rodziny. Ile razy już go tak nazwano…
Powiedzmy też, że idąc samotnie przez park nie zastanawiał się nad starszawym łysiejącym panem z wąsem (tak właśnie wyobrażał sobie „pisarza”). Myślał raczej o rzeczach ważnych, które ostatnimi czasy stały się zbyt ważne. Na przykład o pewnej brzydkiej dziewczynie z wypłowiałymi brzydkimi włosami, matowymi brzydkimi oczami i najbrzydszym na świecie uśmiechem (Co w niej widział?). Zupełnie tak, jakby wmawianie mogło tu w czymś pomóc.

Gdyby było to początkowe stadium – „zauroczenie” – znalazłby sposób na wyrzucenie jej z głowy. Albo po prostu posłałby to wszystko w diabły.
Dlaczego nie mógł? Bo był na etapie stanowczo zaawansowanym, choć niektórzy mogliby nie uwierzyć. Sam do niedawna nie zdawał sobie sprawy, że można nienawidzić kochając. Ciężka filozofia, przydałby się jeden z tych, no… Trudno stwierdzić, przysypiał na historii. W każdym razie jakiś Sokrates może by pomógł. Lub wielki znawca miłości Leon, który mozolnie podpełzał w jego stronę. Żadne próby ucieczki nie wchodziły w grę – w okolicy zero drzew, chyba że jakieś pojedyncze, a przyjaciel już zatapiał ślepia w Maxim, jakby w ten sposób mógł go przywiązać do ławki. Zdecydowanie musiał zmienić park…
- Cześć stary… - Oczywiście nie miał nic do Leona. Po prostu ckliwe bajeczki o Violetce już go nie bawiły. Co więcej, czasami na nich skrycie przysypiał. Ludzie, nie była centrum wszechświata.
- Cześć… - burknął. Sam nie wiedział czego (a raczej kogo) szukał rozglądając się ospale na boki. – Co tam? Coś z Vio…
- Nie zaczynaj tego tematu. Szkoda słów, serio. – może zmądrzał przez te kilka dni, a może panna V. po prostu wybrała Diego, czy tam Tomasa. Kto wie, gdzie wówczas się obracała.
- Aż tak źle? – normalnie by nie spytał, gdyby nie to żałosne, pozbawione życia spojrzenie. Co poradzić, z miłości człowiek głupieje. – Nie mów, że teraz jest z Diego. Albo z Tomasem, błagam, tylko nie Tomas…
- Nie, tak i mniej więcej. – Leon wetknął dłonie do kieszeni. – W zasadzie nie zerwaliśmy, chociaż mogła to tak odebrać. Nie winie jej, mam Larę. A ona tego tam… No, to trochę skomplikowane.
- Trochę? – chyba nawet czapka miała go dość, bo denerwująco osuwała się na oczy.
- Ta, racja. – usiadł z cichym sapnięciem, które ewidentnie rozsyłało wokół poczucie zrezygnowania i braku chęci do życia. Aż Maxiemu odechciało się oddychać. – Bardzo skomplikowane. – no co ty, Leonku… - Ale nie mówmy już o tym. Co u ciebie?
Prawie opluł się oranżadą. Przyjaciel zerknął kantem oka marszcząc brwi, po czym wrócił do niezwykle pasjonującego zajęcia miętolenia jakiegoś chwastu.
- No… Wiesz… - otarł brodę wiercąc się na siedzeniu. Swoją drogą bardzo lubił tą oranżadę. – Po staremu.
Leon mruknął pod nosem kiwając głową ze zrozumieniem, jednak jego myśli już dawno szybowały gdzieś, gdzie wzrok nie sięgał. Zapewne wokół Violetty i jej „nowego” chłoptasia. Szkoda, Lara była naprawdę sympatyczną osobą. Trochę groźną i złośliwą, ale sympatyczną.
On też wrócił do rozmyślania. Lepsze to, niż bawienie się trawą, nie? Chciał przynajmniej produktywnie wykorzystać popołudnie, porządkując niektóre sprawy. A było co porządkować. W jego głowie myśli obijały się o ścianki czaszki. Należało je tylko poskładać, a potem posegregować od tych „natychmiastowych i ważnych”, poprzez „zawiłe i skomplikowane, ale mogące poczekać”, aż do „nie wymagających czasu bzdur”. Nawet mu się to udawało, gdyby nie… Tak. Góra lodowa.
Szła w towarzystwie Federico, co było… W sumie nie, nie zaskoczyło go ani trochę. Kiedyś, jakiś rok temu, ciągle chodzili gdzieś razem. Byli czymś w rodzaju przyjaciół, jeżeli można to tak nazwać. Nawet coś tam mu się żalił, że tęskni, czy jakoś tak. Trudno określić ich relację. Razem, osobno, w stanie separacji, razem. Nieskomplikowana skomplikowana oczywistość. Teraz najwyraźniej świetnie się bawili. Chociaż, nie… Ciężko stwierdzić. Uśmiechnęła się – smutno, blado i nikle, ale uśmiechnęła. Tylko Fede miał jakiś nieobecny wyraz twarzy. W sumie oboje wydawali się być daleko. A niby rozmawiali…
Czy wszystko związane z nią musiało być niezrozumiałe?!
- Maxi? – otrząsnął się dopiero, gdy oberwał w ramię od lekko poirytowanego Leona.
- Hm? – spojrzał, ale tak tępym wzrokiem, że na miejscu przyjaciela sam pokręcił by głową z politowaniem.
- Już nic. – no proszę. Z problemami to się przychodzi, ale żeby powtórzyć, to już nie. – Nie łapię, ciągle się na nich gapisz. Zakochałeś się, czy jak?
- Ja? W kim? – miał sam siebie dość. – W Naty? Proszę cię.
- Nie mówiłem, że w Naty… - widocznie poczucie humoru tak wrosło Leonowi w krew, że ciężko mu było nawet wtedy zachować powagę. Zacisnął długie palce na ramieniu Maxiego. – Akceptujemy cię takiego, jakim jesteś.
Gdyby wzrok mógł zabijać, wszystkie „fanki” Verdasa szykowałyby pogrzeb.
- Mógłbym cię teraz walnąć, ale siedzisz za daleko.
- Albo ty masz za krótkie łapki. – no nie.
- Zaraz wylądujesz w koszu na śmieci. Nie żartuję, głupku.
O tyle, o ile na dworze słońce paliło w skórę, w oczach Maxiego szalała burza. Nie, żeby się zirytował jakimiś niby śmiesznymi uwagami na swój temat. Chodziło o to, że go prześladowała, a głupkowate pytania Leona tylko pogarszały sytuację. Przynajmniej już nie siedział z miną męczennika. Aż się płakać chciało widząc go w poprzednim stanie.
- Znowu się gapisz. – dlaczego ten pieprzony hipokryta musiał mieć rację? – Nie łapię, po jaką cholerę ciągle się na nich patrzysz? Chodzi o Natkę?
- Nie! Nie dociera?!
- Ta, jasne… - wzruszył ramionami sięgając po jakąś wysuszoną łodygę. – Możesz zaprzeczać, Maxi, ale wiem co widzę.
- Widzisz? Niby co widzisz, skoro nic nie ma? Nie cierpię tej baby.
- Maxi… - tak jakby spoważniał, co znacznie niepokoiło. – Wiesz, nie zawsze taka była.
- Tępa? – Leon ściągnął brwi obracając w dłoniach chwast.
- Smutna. – wyjaśnił. – Była nieśmiała, ale nie smutna. Uśmiechała się ciągle, choć często płakała. Miała jakieś problemy, nie lubiła o nich mówić. Czasem tylko coś wspominała. Potrafiła ufać ludziom, nie usługiwała…
- Dlaczego mi to mówisz? – przerwał wywód, który (choć nie chciał się przyznać) lekko go zaciekawił. Nie, nie zaciekawił. Nic związane z nią nie było ani piękne, ani interesujące.
- Po prostu… Wiem, że masz ją za głupiego psa Ludmiły, ale to nie jest tak. – westchnął poprawiając się nieco na ławce. Niemal na niej leżał, więc nie na wiele się to zdało. Twarz miał ściągniętą, choć spod warstwy smutku i wspomnień wyzierał lekki półuśmiech dostrzegalny jedynie przez kogoś, kto znał go równie długo, co Maxi. – Czasami ludzie nie są tacy, za jakich ich uważamy. Niektórych po prostu trzeba poznać. – prychnął. Leon wstał. – Przemyśl to.
Na odchodnym lekko poklepał przyjaciela po ramieniu.
Może i miał rację? Skąd to wszystko wiedział nie było wówczas ważne. Liczyły się jedynie te nieprzejednane czekoladowe oczy, które łagodnie obrysowywały okolicę. Jeżeli okolicą można nazwać twarz Federico…
A Maxi siedział. Patrzył, ale nie widział. Słuchał, ale nie słyszał. Zamiast tego skakał gdzieś między kolejnymi piętrami umysłu, próbując przetworzyć słowa Leona, które trafiły do niego dogłębnie. Dlaczego? Nie wiedział. Po prostu nagle zechciał wszystko analizować, by znaleźć tą jedną, malutka cząstkę; taki felerny egzemplarz; który stał mu na drodze do szczęścia. W jednej chwili go oświeciło. „Niektórych po prostu trzeba poznać…”. Problemem nie było to, że nie znał Natalii, ale to, że znał ją zbyt dobrze. Aż to całe znanie się związało ich serca i nie chciało puścić.
Wiedział już, co musiał zrobić. Nie odkocha się tak z dnia na dzień. Próbował, nie wyszło. Jedynym, co przeszkadzało w tej sytuacji, była ta chora nienawiść. W końcu nie lubili się od kiedy pamiętał. No więc osoba Natalki nie stanowiła przeszkody, tylko ta część Maxiego, która wciąż nie miała zamiaru jej zaakceptować. Rozwiązanie było jedno, choć trudne i czasochłonne.
Musiał znaleźć sposób, by zgubić samego siebie.



***
^Bruno Mars "Count on me"
^Nickelback "Far away"
^The Rasmus "October and April"

No, powiedzmy, że jakoś da się to czytać. Choć szczerze wątpię, ale mało ważne - taka dygresja. Pisane przy przecudownych dźwiękach Eda Sheerana (choć nie gustuję w tego typu muzyce) - rudzi rządzą.
Macie tu ten - pożal się Boże - splot Fedaty i chorych myśli Bufona. Cieszcie się.
Nie jestem zadowolona Nienawidzę tego rozdziału. Jest wymuszony i okropny, chyba najgorszy, jaki do tej pory napisałam. Trudno, czekanie jest złe.
A i tak nic sensowniejszego nie wymyślę...
Szkoła! Juhu! Koniec ferii... Miało być pół opowiadania i dziesięć os'ów. Jest jeden rozdział i jeden os. Brawo dla mnie, jestem taka super, że nawet z Ludwikiem przegrywam ;__; (do niewtajemniczonych: dla zdrowia własnej psychiki nie pytajcie). 
Marzec będzie trudny do przełknięcia: terror wewnątrzszkolny i te sprawy, więc z pisaniem może być kiepsko. Już mi odbiera chęci do życia, chlip :'(
No to co? Do kiedyś tam... Kiedy mój upośledzony mózg w końcu zdecyduje się na współpracę.
Kocham was, tak najmocniej na świecie <3
Ania

PS.: Nowy OS już piszę, chociaż... I tak nikogo to nie interesuje, więc no.
PS2.: Kocham Was <3 <3 <3

poniedziałek, 9 lutego 2015

Capitulo Dieciséis "Mogę być Twoim lekiem na ból..."




Oh my one, I'm so happy that you've got so far.
I know the good, the great is working you like a charm.

Oh my one, rushing away
With a bag full of bones.
I know the place you left,
Still won't leave you alone.

The crow, the cat, the bird and the bee,
I'm sure they would agree,
That my one is falling for tricks;
Smoke and mirrors playing your wit.

A hue and cry waiting to blow
Under your skin, wherever you go
Still I wish that I knew
The taste of something that good.

Każdy dzień był jak ułamek sekundy. Ułamek takiej małej wieczności, drobnej nieskończoności, ich własnej. Dwa cienie uwikłane w czas, w swojej osobistej kołysance. 

Ich twarze już dawno wyryły się w głowie, szarpiąc boleśnie za jakieś fragmenty serc, nieobecnych. Ich imiona, szeptane nad uchem przez wiatr, na zawsze zapamiętane. Ich dotyk trzymany pod skórą. Ich zapachy...

Czasem jakby coś drgnie pod powieką, wciśnie się w pięść, spłynie wzdłuż kręgosłupa.
Czasem zatańczy na niebie i zanuci do ucha; zaśpiewa wśród liści. 
Czasem wplecie we włosy, wsiąknie w kołnierzyk bluzki, ukłuje w płucach.
Po prostu nie da o sobie zapomnieć; ta mała cząstka, tak denerwująca. 



- Naty ja.. Wiem, jak to wygląda. Ale to nie do końca tak, pozwól mi wytłumaczyć.
- Spróbuj.



I czasem próbuje wydostać się na wierzch, choć wydaje się, że jest dobrze ukryta na dnie serca. Mocno popękanego, pustego, porwanego na strzępy... Ale wciąż serca.




- Nie wiem, czy warto się pogrążać...
- Federico, nie mam czasu.



Oddech drżał w płucach gdy przechodził korytarzem, a na usta brutalnie wdzierało się jego imię. Kleiło się do języka, wypływało wraz z krwią wzdłuż brody z tych małych spękań na wargach. Parzyło, kuło, raniło... Bolało. Cholernie bolało.
Maxi ja kocham...





- Dobra, już mówię. - chwilą milczenia przerywa, tak słoną i gorzką zarazem - Miałem ostatnio problemy. Duże. Musiałem sobie z nimi poradzić i uznałem, że nie będę wtedy dobrym przyjacielem, rozumiesz?
- Nie.



Jedynie rankiem nie chciał jej nienawidzić.
Jedynie w południe loczki czarne były tak pociągające... Jak jej oczy, co nad zmysłami panowały i uczuciami.
Jedynie wieczorami miękkość jej warg przejmowała umysł, jak narkotyk, tak uzależniająca.
A nocą? Nocą już tylko oddychał nierówno czekając, aż śmierć się nim zainteresuje. I albo zmyje go z nieudanego obrazu świata, albo zabierze serce, co ciążyło w piersi jakby wypełnione było ołowiem.

Czasem czują coś, co w piersi mocno bije. Tam, po lewej stronie. I zastanawiają się co to jest, skoro serc oboje nie mają, tylko dwie bryłki lodu. I dlaczego tak reaguje na to spojrzenie tych tęczówek, co przecież takie obce są. A raczej powinny być.

Czasem oddech przyspiesza. Dlaczego? Przecież nie oddychają. Nie żyją? 
Bez dusz, których nie mają, bo uleciały gdzieś pod niebo, by na błękicie szlachetnym koślawe tańce odbijać i malować złotymi kredkami gwiazdy, gdy księżyc zawiśnie nad głowami. 

Zostały więc, dwie naiwne marionetki, które kroki niepewne stawiają na niestabilnym podłożu. I idą tak, markotnie, z zamarzniętymi fragmentami serca - co przecież nie biło - i bez dusz - co należą teraz do aniołów.



- Chciałem po prostu... Ja... Zakochałem się.
- To chyba dobrze?



Tajemnice, które trzymają sekrety, niszczą więzi, nad głową fruwają. Rujnują życia i dusze tną, nożem ostrym, co do złudzenia przypomina nienawiść w jego oczach.
Jesteś słońcem
Ukradłeś je z nieba i zgasiłeś, rozmazałeś. Teraz wielka ciemna plama unosi się w tym miejscu i pustką zionie, jak łzami duszonymi wewnątrz. Gdzieś pod tęczówką ukrytych. A ona ciągle czeka, aż znów zapłoniesz i bólem żyje; ZAPAL
Jesteś tęczą
Co po deszczu powinna przyjść. Jednak nie pojawiasz się. Dlaczego? Niebo odbarwiłeś, z błękitów odarłeś i tak po prostu zniknąłeś, jakbyś nigdy nie istniał. Zabrałeś zieleń liści i przezroczystość wód, tak pięknych. Jednak ile można trwać wśród bezbarwności? POMALUJ
Jesteś morzem
Co pieni się, stopy oblewa. Ukojenie daje, nie parzy. Tak chłodne w słońcu, którego już nie ma. Teraz sztormem wzburzone wiecznym. Przychodzi dreszczami i płaczem histerycznym, ma odcień ciemnego brązu. WYSUSZ
Jesteś wiatrem
Myśli unosisz i sekrety. Znasz tajemnic więcej niż oni. A mimo to tak bezczelnie wykorzystujesz i zdradziecko plączesz włosy. Porywasz kapelusz, a nawet parasolkę, gdy deszcz już przyniesiesz. A czasem złośliwie syczysz do ucha... SZEPTAJ
Jesteś różą
Piękną, czerwoną. Kipisz majestatem, masz więcej gracji niż inni. A jednak kujesz kolcem, krew wysysasz z palca. WYLECZ
Jesteś snem
Który nocami ją nawiedza. Widzi twoją twarz ukochaną, chce jej dotknąć, jednak nie może. Powiedz, czy istniejesz? Czy jesteś prawdziwy? Bo chyba przestała już w to wierzyć, a nadzieja... Nadziei już w niej nie ma. BĄDŹ



- Nie, Natalia. Nie zrozumiałaś. Ja... Zakochałem się w tobie.
Tak, teraz mogłaby umrzeć.



Jesteś wspomnieniem.
Jesteś kłamczuchą.
Jesteś obietnicą.
Jesteś smutkiem, szczęściem, zmęczeniem, niechęcią.
Jesteś duchem.
Jesteś aniołem i diabłem.
Jesteś powietrzem, gwiazdą, księżycem.
Jesteś uśmiechem.
Jesteś głosem.
Jesteś pasją.
Jesteś wygą, wroną, jędzą, paskudą.
Jesteś zmysłem.
Jesteś narkotykiem.
Jesteś sercem.

Moje życie ma teraz twoje imię.


- Fede...
- Wiem co chcesz powiedzieć i uwierz, że nie chcę tego słuchać. Jestem głupi. Myślałem, że jak się od ciebie odsunę to jakoś tak... Przejdzie. Ale było tylko gorzej.
- Fede...
- Tak, rozumiem. Wiem, że nie będziemy razem. Wiem, że wszystko się skomplikowało. Tylko... Zrozum, nie chcę być daleko od ciebie.





Nagle budzili się z krzykiem, jakimiś koszmarami wyrwani. To te pustki w oczach, samotność zakopana pod stertą niepotrzebnych myśli. To ona tak gnębi i spędza sen z powiek. A miłość, w odcieniu błyszczącego brązu, miała już nigdy nie przynieść ukojenia.
Nie mogę cię kochać.


- Fede, ja...
- Nieważne, zapomnij. 



Powiedz, jak wygląda życie?
Dłoń tak zniekształciła, że już nigdy do żadnej innej pasować nie będzie. Tylko do jej. Bo skórę ma łagodną, miękką. Szczupłymi palcami delikatnie muska, jakby motyl skrzydłem się otarł lub wiatr, co chłodnym powiewem na ciele osiada. Cerę ma karmelową, może trochę zbyt jasną jak na ten prawdziwy karmel, ale i tak słodką. 
Gdy śpiewa wszystkie słowiki nasłuchują, próbują naśladować. Ale nie potrafią. Dlaczego? Bo jest wyjątkowa, wspaniała, cudowna i niepowtarzalna. I idealna.
Gdy mówi wiatr wieje mocniej. Dlaczego? By unieść tą słodkawą woń waniliowych perfum i pomarańczy - tak pachną jej wargi.
Gdy tańczy przyciąga spojrzenia. Dlaczego? Bo nie ma innego tak smukłego ciała, które energię i szczęście podkrada pasją.
Jednym spojrzeniem wysusza deszcz, jednym słowem kwiaty budzi.
Gdy się śmieje... Poprawka. Ona nigdy się nie śmieje. Już nie.
Jestem potworem, bo zabrałem aniołowi skrzydła.
Jestem potworem, bo zamknąłem uśmiech tęczy w moich dłoniach.
Jestem potworem, bo rozbiłem szczerość łabędzia.
Ale nadal ma piękno kwiatów.


- Nie chcę zapomnieć.
- Nie chcę komplikować, aniołku śmierci.
- Skąd ty...
- Maxi mi powiedział. 



Jesteś cieniem.
Jesteś światłem.
Jesteś motylem.
Jesteś słowikiem.
Jesteś duszą.
Jesteś melodią.
Jesteś nadzieją.
Jesteś bezpieczeństwem.

Jesteś tylko przyjacielem.


- Ta cała sytuacja... To wszystko... Nie rozumiem tego.
- Ale ja tak. Wiesz co myślę? Że ty go chyba kochasz.



Dlaczego w twoich ustach brzmi to tak szczerze, Fede?
Dlaczego, Natka, nie zaprzeczasz?


- Wątpię.
- Chyba tak trochę go kochasz i nie chcesz być daleko od niego.
- Nienawidzę go. Nienawidzimy się oboje.
- Dobrze wiesz, że jest inaczej. On też to wie. Tylko boicie się przyznać i to wasz problem. Boicie się siebie. Boicie się kochać.



Miłość jest destrukcyjna. Wszystko po kolei zabiera. Chcesz nas zabić?
Nie miłości się boi, a rozerwanych więzi i potłuczonych serc.
Powiedz mi, czy możesz usłyszeć ciszę?
Powiedz mi, czy możesz zobaczyć ciemność?
Powiedz mi, czy możesz naprawić to, co zniszczone?
Powiedz mi, czy czujesz bicie mojego serca?
Powiedz mi, jak zabić nienawiść, skoro ona nie boi się umrzeć?


- Dlaczego to robisz?
- Widzę, że jesteś smutna nawet gdy się uśmiechasz, nawet gdy się śmiejesz. Widzę to w twoich oczach, tą tęsknotę i nienawiść do samej siebie. Świat cię przytłacza, często płaczesz. Ale nie chcę już, byś cierpiała. - spogląda na niego, na zaciętą, ale uśmiechniętą twarz, Zranioną... - Widzisz, jeśli chcesz.. Mogę być takim twoim lekiem na ból. Co ty na to?

Jak pięknie tańczą jej loki, gdy wolno kiwa głową.


Tęskniła. Może dlatego nie odeszła, gdy przyszedł i zaczął tłumaczyć.
A on? Kochał tak mocno, że serce połykało słowa, wpychało je z powrotem do gardła. Wplątywało się w umysł i mówiło własnym głosem.

A więc kochasz?
To jest nas dwóch, Fede.


Do you want me on your mind
Or do you want me, to go on?
I might be yours as yours as I can say;
Be gone, be far away.

Roses on parade
They follow you around.
Upon your shore,
As sure as I can say.
Be gone, be far away.

Like fuel to fire...

To the town we'll go,
Into your hideaway,
Where the towers grow.
Be gone, be far away.
Sing quietly,
All alone.

Eyes want to cry
And do, they undo?
Upon your shore,
As sure as I can say.
Be gone, be far away.

Oh, what a day to choose;
Torn by our words,
All that is safe, to you

Is like fuel to fire...

To the town we'll go,
Into your hideaway,
Where the towers grow.
Gone to be, far away.
Never do we know,
Never do they give away;
Where the towers grow.
Only you will lead us there.
Sing quietly,
All alone...
Sing quietly,
All alone...


***
^Agnes Obel "Smoke And Mirrors"
^Agnes Obel "Fuel to Fire"

Zawaliłam? Tak. Krótko? Tak. Nielogicznie? Tak. Bezsensownie? Tak.
Długo wyczekiwany rozdział (tylko przeze mnie, ale co tam) a nie dość, że niezrozumiały, to jeszcze wszystko obraca się wokół jednej rozmowy. Brawo, po prostu cudownie -,-
Co poradzić... Niektórzy talent mają (czyt. Acia, Dominika, Edyta na przykład), a inni nie (czyt. Ana J.). Takie jest życie, trudno -,-
Ostatnio mało mam ochotę na cokolwiek :'(
Ciężki żywot małego człowieczka, eh -,-
Bardzo zachęcam do przesłuchania piosenek, które macie wyżej. Agnes Obel jest naprawdę cudowna, teksty są piękne, a głos ma niebiański. 

Następny rozdział... Nie mam pojęcia kiedy. Postaram się tam wepchnąć Bufoniastego i jego czapki. 
Pozdrawiam, całuję i mocnoooo ściskam! :*
Ana Julia


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Capitulo Quince "Zrozum, 'prawie' nigdy nie wystarczy"




I must be strong and carry on
'Cause I know I don't belong here in heaven.

~Eric Clapton "Tears in Heaven"~


        Piętnaście. Bądź ostrożny jak przy przejściu przez zamarzniętą wodę, uważny jak Wojownik na terenach wroga. Bądź uprzejmy jak Gość, płynny jak Strumień. Daj się formować jak kawałek drewna, daj się napełnić jak szklanka. Nie szukaj i nie oczekuj. Bądź cierpliwy i czekaj, aż błoto osiądzie, a woda się oczyści. Bądź cierpliwy i czekaj. Twoje błoto osiądzie. Twoja woda się oczyści.
Sześćdziesiąt trzy. Działaj, nie czyniąc, pracuj bez wysiłku, postrzegaj duże jako małe i wiele jako kilka. Stawiaj czoło trudnemu, kiedy jest jeszcze łatwe, krok po kroku dążąc do wielkości. Nie sięgaj, a znajdziesz, w obliczu kłopotów pędź im na spotkanie. Nie przyj do wygody, a wszystko będzie wygodne. 
Siedemdziesiąt dziewięć. Porażka to okazja. Jeżeli zrzucisz odpowiedzialność na innych, poczucie winy nie będzie miało końca. Wypełniaj zobowiązania, naprawiaj błędy. Zrób to, co musisz, i usuń się. Nie domagaj się niczego i rozdawaj wszystko. Nie domagaj się niczego i rozdawaj wszystko.
Trzy. Przeceń ludzi, a staną się bezsilni. Przeceń dobytek, a zaczną się kradzieże. Opróżnij umysł, a wypełnij esencję. Pozbądź się ambicji, a wzmocnij determinację. Zapomnij wszystko, co wiesz, i wszystko, czego pożądasz, i zignoruj tych, którzy twierdzą, że wiedzą. Ćwicz niepożądanie, niechcenie, nieocenianie, nierobienie, niewalczenie, niewiedzę. Ćwicz bycie. Wszystko trafi na właściwe miejsce.
Dwadzieścia cztery. Stań na palcach, a nie będziesz stał mocno. Popędź do przodu, a nie zajdziesz daleko. Staraj się zabłysnąć, a przyćmisz swój blask. Próbuj się określić, a nie dowiesz się kim jesteś. Nie próbuj kontrolować innych. Odpuść i zostaw. 

- Co to jest za szajs! - gruba, szorstka okładka z zawartością jakichś osiemdziesięciu paru stron z impetem uderzyła w ścianę, przelatując uprzednio przez całą szerokość pokoju. Pościel była wyjątkowo chłodna, a jego oddech dziwnie miarowy, gdy kolejny raz opadł bezsilnie na łóżko. I znowu wracał myślami do tych kilku chwil a może całej wieczności, w których mógł, tak po prostu, dotknąć jej dłoni.
Wspomnienia lekko bolały, gdzieś między trzecim a czwartym żebrem po lewej stronie. I tak lepsze to niż czytanie kolejnych mądrości Wielkiej Księgi Tao.
No i masz - odgłos kroków, ciężkie sapnięcia... Matka na progu. Tak, spodziewał się tego.

- Pięć sekund. Nowy rekord! Trenowałaś ostatnio?
W odpowiedzi oberwał poduszką niewiadomego pochodzenia. Wyszła... Zadziwiająca reakcja.
- Jak ten ojciec cię wychował!
- Głośniej, sąsiedzi nie słyszeli!
Tak, a wszystko wina ojca. No bo kogo?
Jego niewyraźny kontur rzucał cień na poszarzałą ścianę. Ciemne smugi zaczęły z wolna przebijać się przez krystaliczny błękit nieba. Sam nie wiedział, jak bardzo musiał być znudzony, że wziął to dziadostwo do ręki. "Nie sięgaj, a znajdziesz...", brednie. Ale co poradzić, w końcu nie wszystkie wybory należą do nas, prawda?
Leniwie zwlókł się z łóżka.
Nie myślał już o tym. Co to, to nie. Jedynie czasem napomykał. Czasem mu się śniła, a czasem bezwiednie spoglądał na zdjęcie, które całkiem przypadkiem znalazło się w jego posiadaniu. Nie była w końcu nikim ważnym, a przynajmniej nie powinna być. Kiedy raz pomyślał, że mógłby - nie zważając na wszystkie negatywne emocje, które przecież ot tak nie wyparowały - być z nią (Chyba był wtedy naćpany. Wypił jakieś podejrzane ziółka od babci Sam - skrót od Samantha. Mało ważne, ale była Angielką.), Camila skutecznie rozwiała jego wątpliwości.
" - Oj, Maxi. Ludzie się nie zmieniają. Czas mija, świat się zmienia, priorytety też, ale nie ludzie. Pająk zawsze będzie pająkiem, pies psem, a Ludmiła Ludmiłą. A Natalii już chyba dawno odessało rozum."
Niewinny żart. Mało śmieszny.
Czuł się tak mizernie jak wtedy, gdy miał zapalenie płuc. Umysł zamienił się w kłąb kurzu, a mięśnie odmawiały współpracy. Gdyby się głębiej nad tym zastanowić (a nie zastanawiał się), to pewnie winny był mózg. Jakiś rodzaj psychicznego bólu, czy czegoś tam...
Tak to już jest, że ktoś musi cierpieć.
A koniec końców cierpiał właśnie on.



'Cause what's inside of me
Is invisible to most,
Even in clear view.

~Sick Puppies "White Ballons"~



- Jeszcze tu.
- Daj już spokój.
- No co? Jak sprzątać, to skutecznie.
Tego głupiego uśmiechu już od dawna miała dosyć.
- Sama sobie sprzątaj.
Rzuciła mopem w stronę zdezorientowanej Leny, która - wbrew założeniom - jest całkiem sprawna. Złapała to dziadostwo w ostatniej chwili. Jeszcze trochę i dostałaby w łeb. Zasłużyła, oj tak.
Dlaczego wszystko musiało być bez sensu? Wszystko...
Życie było bez sensu. 
Oddychanie bolało.
Jedzenie... Hmm... Tylko po to, by żyć.
Błędne koło.
Beznadziejne, bez sensowne, bez celowe... Jedyne słowa, których do tej pory nie wykreśliła ze swojego słownika. Zostały jeszcze "odczep się", "daj mi spokój" i "Lena!!!" w sytuacjach kryzysowych. Poza tym rzadko cokolwiek mówiła.
Ciężko jest mówić, a jeszcze ciężej dalej oddychać, gdy wszystko wokół ma kształt jego twarzy.
- Natka... - zaczęła, gdy już doczłapała się do kanapy. - Chcesz porozmawiać?
- Niczego od was nie chcę. Już nie.
- Przecież wiem, że tak nie jest - z kieszeni przyciasnych jeansów wyciągnęła cukierka, chyba krówkę. - Widzisz? - zachęcająco wyciągnęła biało czarny papierek w jej stronę - "Uśmiechnij się!". Krówki nie kłamią, nigdy.
- Szkoda, że ludzie to nie krówki.
- Wiesz - wąska strużka karmelu skapnęła siostrze na brodę, gdy przeżuwała resztę cukierka. - Nie wiem co ci ten bufon zrobił, ale popamięta. Już ja mu dam popalić!
- Daj sobie spokój. Sznurki są w górnych szafkach, zanim je ściągnę miną wieki.
- Po co ci sznurki? - wydymała policzki śmiejąc się głupkowato.
- Żeby cię przywiązać do krzesła, paskudo - fuknęła, jakoś tak zabawnie. Lena zaczęła się śmiać.
- Oj, Natka...
Kolejny raz nie wiedziała co ze sobą zrobić. Miała tak od pewnego czasu, ale uczucie nie mijało. Zawsze tak jest, gdy twoje dotychczasowe życie sypie się jak domek z kart, a ty nie nadążasz, by poukładać je z powrotem. Chociaż, kto wie, może niektórych rzeczy nie da się już naprawić.
- Chcę wpełznąć do jakiejś dziury i zdechnąć.
- Natalka, znowu przesadzasz.
- Zdechniesz pierwsza. Przynajmniej choć trochę przysłużę się społeczeństwu.
- Ludzie mnie lubią, nie to co ciebie.
- Nie chcę, by mnie lubili.
- A tam, głupoty gadasz. Każdy potrzebuje akceptacji w dobrze rozwijającej się populacji ludzkości. 
- Zamkniesz się kiedyś?
- Nie.
Padła na kanapę. Dalsza dyskusja chyba nie miała sensu, skoro i tak zawsze Lena wygrywa. Do tego dochodzi podły nastrój i chęć zabijania. Nie innych oczywiście.
Umieranie w sobie jest powolne. Z sekundy na sekundę zdaje się trwać dłużej. Mimo to sprawia dużo bólu, którego nijak nie idzie ukoić. Nie ma takich tabletek, które zniszczą cierpienie pękającego serca. Nie ma takiego syropu, który uciszy jęki poszarpanej duszy. W takiej sytuacji można jedynie leżeć i czekać na śmierć.
- Została ci jeszcze łazienka.
- Lena!!!
- Czy to już sytuacja kryzysowa?
- Każda rozmowa z tobą kończy się kryzysem. Czasem załamaniem psychicznym, ale to już inna bajka.
- No proszę, na żarty ci się zbiera?
- To nie był żart - westchnęła - Dasz mi w spokoju umrzeć?
- Aj Natka - czułym gestem pogłaskała siostrę po ramieniu - Nadal wierzysz, że kiedykolwiek dam ci spokój?
Jednak istnieją skutki uboczne powolnej śmierci. Jednym z nich była Lena, która za nic w świecie nie miała zamiaru odpuścić. Przydałby jej się chłopak, może gnębiłaby kogoś innego.
- Idź terroryzować ojca.
- Wyszedł - szatański uśmiech. No tak. Gdy raz na sto lat tata jest potrzebny, akurat nie ma go w domu. Jak zwykle zresztą.
- To kup sobie psa i idź z nim na spacer.
- Nie chcę, żebyś była samotna.
- Uwierz mi, nie będę.
Była. Cholernie była. 
- Ej! Zwlecz łaskawie swoje cztery litery z kanapy i idź sprzątać! Przysłuż się trochę, zrób coś pożytecznego.
- A ty niby co robisz?
- Siedzę, patrzę, oddycham, wykonuję jakieś miliony mikroruchów różnymi partiami mięśni, myślę...
- Z tym ostatnim bym nie przesadzała.
Złośliwy uśmieszek lekko zrzedł na jej okrągłej bladej buźce. Wstała. Chyba coś planowała. Ach.. Sekundy spokoju były cenniejsze niż całe siedemnaście lat jej życia. Odetchnęła z ulgą. Trwało to zaledwie kilka minut...
Otworzyła oczy już na ziemi. Chłodne panele w zetknięciu z kolanem wywoływały otępiający ból, trochę jakby pieczenie. Usiadła z głośnym syknięciem obserwując Lenę, która z satysfakcją pocierała dłonie.
- To do pracy! - zaśmiała się uroczo, po czym pognała w stronę otwartej łazienki.
Niech sama sobie sprząta.
Była trochę jak elf, ale z zewnątrz. W środku (przynajmniej teraz) przypominała ohydnego trolla, którego oddech wywołuje mdłości, a spojrzenie zamienia w kamień. Chwila... To chyba meduza. Nie lubiła tej całej mitologii. 
Ociężale się podniosła, choć kolano lekko dokuczało. Dokuśtykała do łazienki.
Niech jej będzie, ten ostatni raz. Wysili się, zrobi coś. W końcu i tak już niewiele jej pozostało. Jeśli nie umrze przez kolorowe literki M A X I fruwające gdzieś przed oczami, to (dzięki Bogu) skończy w psychiatryku. A może wcześniej Lena wykończy ją psychicznie, na to też były duże szanse.
I nie będzie już nic.
Tylko ten tępy ból pulsujący gdzieś w trzewiach.



Late that night she got away,
I chased her to the turnpike,
Then lost her where the music never plays.

~TRAIN "Angel In Blue Jeans"~


- Już nie wiem co myśleć! Wchodzę tam, a on obściskuje się z tą, no...
- Larą?
- Właśnie! - miała imponującą skalę głosu, może dlatego wszyscy ją tak chwalili - Nie mogę! On jest chyba nienormalny jakiś!
- Ale co dokładnie się stało? - sam nie wiedział, co aż tak okropnego zrobił, że został skazany na słuchanie tego. Owszem, lubił je, ale ile można słuchać piskliwych jazgotów o...
- No mówię przecież! Poszłam na ten cholerny tor, jeszcze specjalnie czekoladki kupiłam, żeby mi z głodu nie umierał, a on co? Najpierw nie odbiera, a potem, jak tylko mnie nie ma, rzuca się na jakąś pierwszą lepszą!
- Violetto - postanowił się odezwać, czego zaraz pożałował widząc krzyczącą w jej oczach wściekłość. - Nie sądzisz, że lekko przesadzasz? - mówił coraz ciszej przygotowując się na niekontrolowany napad agresji z jej strony. - W końcu... Tylko się objęli. Co w tym dziwnego? Sam często obejmuję Camilę, wiesz...
- To co innego! - tupnęła nogą niczym poirytowana pięciolatka, a on - tak na wszelki wypadek - odsunął się kilka kroków. - Wy jesteście przyjaciółmi!
- Może oni też są tylko...
Niebo nagle się rozstąpiło zsyłając na ziemię prawdziwy huragan. Pudrowa torebka jakby dostała skrzydeł. Cicho zagrzmiało, lekko błysnęło... A już po chwili kulił się w kącie niezdarnie omijając ciosy. Na szczęście Francesca była w pogotowiu. Złapała jej szczupłe nadgarstki (a niby to takie bezbronne) zamykając je w swoich dłoniach, po czym wolnymi krokami skierowały się obie do wyjścia.
- Jezu, jakie to silne.
- No i po co się odzywałeś? - Camila dalej siedziała z rozbawieniem oglądając sytuację, która równie dobrze mogłaby być kolejnym odcinkiem "Różowych łez" (to taka Brazylijska telenowela, którą oglądały wszystkie babcie. Choć to dziwne, Maxi też ją czasem oglądał. Mało ważne). Nagle zapragnął pozostać w tym kącie już na wieki. 
- Przecież miałem rację! Co ta miłość robi z ludźmi...
- Wiesz, ciebie to chyba nie dotyczy.
- Ej, to był cios poniżej pasa!
- A dosięgasz chociaż tam?
Poprawił czapkę oburzony. Zerwał się na równe nogi wykrzykując coś o swoim "średnim" wzroście, ale Camila już wyszła. Przynajmniej został sam, bez głupich historii, długich paznokci i żądnej krwi Violetty. Jezu, ten mord dostrzegalny gdzieś w ciemnych tęczówkach, malujący się między źrenicami, był lekko przerażający.
Usiadł na krześle, jedynym w pomieszczeniu (Chyba Pablo robił jakieś remonty).
Dlaczego musiał tak żyć? Kto go aż tak nienawidził, że kierował wszystkie ścieżki w inne strony, niż Maxi by tego chciał? Pytań przybywało, a odpowiedzi nie. I wszystkie były tak samo głupie.



And though I never got her name,
Or time to find out anything,
I loved her just the same.

~TRAIN "Angel In Blue Jeans"~


Przez Lenę się spóźniła. Tak to jest, kiedy ktoś chrapie ze skalą jakichś dwudziestu miliardów decybeli, a - jak na złość - ma pokój obok ciebie. Znasz ten ból?
No więc kiedy wbiegła do Studia ciemnobłękitny zegar nad drzwiami wskazywał dziesiątą piętnaście. Tylko piętnaście minut... Mimo to nie opłacało się iść na pierwszą lekcję. Cóż... Poszła. Lubiła robić rzeczy wbrew powszechnym przekonaniom. Albo jakiejkolwiek logice, tylko to już inna sprawa. 
Delikatnie zajrzała do auli. Ten Pan u góry chyba za nią nie przepadał, bo - z ewidentną złośliwością - akurat tego dnia był apel. Apel... Raczej coś w rodzaju apelu. Kiedy to wszyscy nauczyciele stoją przed tłumem półgłówków i tłumaczą jakieś swoje pomysły. 
Oczywiście nie zabrakło wśród nich krwiożerczej wampirzycy Angie. Kochana, milutka... Z zewnątrz. Z jej strony nie można było mówić o jakiejkolwiek sympatii. Nie lubiła Angeles i już. Tak, świat (czy raczej siły pozaświatowe) naprawdę jej nienawidził. Pewne szare tęczówki (chyba szare. Ich kolor był równie niejasny, co zachowanie nauczycielki) spojrzały na nią, najpierw z lekką dezorientacją, po chwili z całą siłą niezrozumienia i... gniewu?
- Natalia! - tupnęła nogą. Violetta też tak czasem robiła. Jak widać miały coś wspólnego w całej tej chorej patologicznej rodzinie. - Możesz łaskawie przestać się chować?
Prychnęła. Nie chowała się, ale kogo to obchodzi.
- Ja... Przepraszam, to przez...
- Zamiast przeszkadzać po prostu usiądź już i... I słuchaj. - oddech nagle spowolnił. Jakoś tak łagodnie zareagowała. 
Angie nie musiała powtarzać. Szybko przemknęła przez salę, bokiem, niemal niezauważona, w stronę jedynego pustego miejsca - na końcu. Zawsze była na końcu, prawda?
Mówili coś o jakimś przedstawieniu. Znowu. Wszystko, całe to bezsensowne posiedzenie sprowadzało się do jednego. Violetka. Przecież, bo kto inny mógłby dostać główną rolę?
Tym razem nawet castingu nie robili. Zadecydowali, tak po prostu. O nie, w tej szkole było coraz gorzej...
Rola męska - Tomas. Biedny chłopak. Leon spojrzał na niego tak, jakby co najmniej wytłukł mu rodzinę. Tyle pogardy nie widziała nawet w oczach Angie. Co więcej, Verdas się z nią nie krył. Zawsze był bezpośredni w okazywaniu uczuć, ale bez przesady. Hereida, w ramach bezpieczeństwa odsunął się kilka kroków, nie zauważył krzesła i... Wpadł prosto w rozpostarte ramiona Ludmiły. Ten to też miał szczęście. Blondynka spojrzała na niego próbując ukryć uśmiech - bezskutecznie. Ewidentnie cieszyła ja cała sytuacja. Wydymała karminowe usta, przymknęła oczy... Cóż, chłopak w ostatniej chwili stanął na nogach. Inaczej źle by się to skończyło. Znała Ferro nie od dziś i wiedziała, że potrafi się przyssać jak ssawka. 
Odskoczył jak oparzony, Ludmiła fuknęła. A to był dopiero początek. Sytuacja nabrała komizmu, kiedy Tomas zobaczył, że całe zdarzenie widziała również Violetka. Ciemne tęczówki pokryły się mgłą, jak rdzą. Otarła lekko łzy wierzchem dłoni, niemal niezauważalnie, a zarazem dając do zrozumienia "Hej płaczę! Pocieszajcie mnie wszyscy!". Chłopak spojrzał na nią błagalnie. Ich podejrzanie długi kontakt wzrokowy przerwał Leon, którego twarz jakby lekko zbladła. Zacisnął dłonie w pięści. Castillo próbowała go udobruchać, czy może raczej zrobić z siebie ofiarę, wyciągając ramiona w jego stronę, ale została lekko odepchnięta. Wtedy zaczęła ryczeć. 
Następnie Verdas podszedł do Tomasa (który w międzyczasie schował się za Ludmiłą, co i tak mu nic nie dało, bo został zza niej brutalnie wyszarpnięty). Już miał wymierzyć mu prawego sierpowego...
- SPOKÓJ! - głos Gregoria był jak przywrócenie zdrowych zmysłów. Odbił się echem od ścian auli, dudniąc w głowach, przelatując przez uszy. Przynajmniej podziałał, bo po chwili Tomas leżał na ziemi koło Leona, który stał z kamienną twarzą. Violetta przestała beczeć, a Camila i Fran - zamiast ją pocieszać - cofnęły się o krok. - Co tu się dzieje?! - mimo całych tych krzyków sytuacja zdawała się bawić także nauczyciela. Zerknął na Angie i na resztę tych zapyziałych bufonów (których może trochę lubiła). - Widzisz Pablo? Spójrz, do czego doprowadziłeś!
- Przykro mi, Gregorio, ale uważam, że to nie była moja...
- A właśnie, że była! Ty i te twoje metody nauczania. Kto ci w ogóle dał dyplom? Musiał być głuchy i ślepy, do tego chory na umyśle! Nauczyciel od siedmiu boleści... 
- Uspokój się, przecież...
- Dosyć! Nie chcę słuchać Twoich wyjaśnień, ale wiedz jedno - nie będę tego tolerował! Z takim podejściem doprowadzisz Studio do ruiny!
- Co tu się dzieje?
Antonio postanowił się pojawić w najodpowiedniejszym momencie. Nikt nie wiedział, gdzie był wcześniej, ale wrzaski rozhisteryzowanego Gregoria chyba pobudziły go do działania. Minę miał jak z krzyża zdjęty. Przynajmniej dobrze wiedział, jak załagodzić całą sytuację. 
- Wy... Myślę, że powinniście się rozejść. Mamy kilka spraw do omówienia. - wskazał drzwi ruchem dłoni. Upragniona wolność!
Powietrze było jakieś suche, ale chłodne. Niosło zapach okolicznych kwiatów, tańczyło między liśćmi drzew. Słońce świeciło jasno, ale nie dawało ciepła, to też dzień był całkiem zimny.
Usiadła pod drzewem, w swoim prywatnym małym miejscu.
I w ogóle nie myślała o tym, że kogoś na tym całym cyrku brakowało.
Kogoś z nieziemskimi oczami, poczuciem humoru i kolorową czapką.
Kogoś, kogo imię rozbrzmiewało w głowie, wirowało przed oczami.
Kogoś, za kim może tęskniła.
Kogoś, o kim chyba jednak trochę myślała.


Like a sunrise made of white lies
Everything was nothing as it seems...

~TRAIN "Angel In Blue Jeans"~


Nie poszedł. Tak po prostu. Nie lubił tych całych spotkań, a tego dnia w ogóle miał ochotę zniknąć. Jak zawsze?
No więc zamiast na lekcje, zaraz po histerii Violetty (ta to ma dopiero siłę), poszedł do pobliskiej kawiarni. Może zostałby w parku, gdyby nie ryzyko spotkania ludzi niepożądanych, na przykład matki, czy kogoś tam. 
Myślenie zdawało się boleć. Podobnie jak oddychanie, które zamiast dawać energię, skutecznie ją zabierało. Nie bardzo wiedział, co ma z tym zrobić. Trudno jest coś naprawić, jeżeli nie znasz przyczyny. On znał, ale nie potrafił się z nią pogodzić.
Przyczyna zawsze żuła pół listka gumy, bo cały to za dużo.
Przyczyna pisała piórem z miękką stalówką i miała zeszyty pełne kleksów.
Przyczyna raz na miesiąc zmieniała struny w gitarze, tak po prostu.
Przyczyna doskonale znała marki samochodów.
Przyczyna uwielbiała Martina Lawrence'a, ale nienawidziła komedii.
Przyczyna chodziła w zniszczonych tenisówkach i nie lubiła obcasów.
Przyczyna narzekała na białe plamki na paznokciach, efekt braku witamin.
Przyczyna miała szufladę pełną kolorowanek.
Przyczyna kochała lody, zwłaszcza cytrynowe.
Przyczyna codziennie kupowała jogurt brzoskwiniowy, czwarty z kolei.
Kiedyś odbył z nią interesującą rozmowę na ten temat.
solitario123: To co robisz wcześniej?
Angel_of_death: Jadę do sklepu, takiego na rogu i kupuję jogurt. Brzoskwiniowy. Zawsze czwarty z kolei.
solitario123: Dlaczego czwarty z kolei?
Angel_of_death: Idealnie schłodzony.
solitario123: To przecież bez znaczenia.
Angel_of_death: Wcale nie.
solitario123: Mogę się kłócić całą noc.

Angel_of_death: Ja też.
solitario123: Ugh, to tak jak z tą gumą do żucia?
Angel_of_death: Właśnie :)
solitario123: I tak myślę, że to bez znaczenia.
Angel_of_death: Widzisz, niektóre przyzwyczajenia ciężko zmienić.
Pustka z wolna ustępowała, na jej miejscu pojawiał się ból. Z każdym dniem większy, jakby rosnący, odzywający się między godziną ósmą rano, a jedenastą wieczorem. Potem już tylko kładł się spać, co i tak nie pomagało. 
Młoda kelnerka, może w jego wieku, podeszła ostrożnie do stolika kładąc przed nim mikroskopijnych rozmiarów bladozieloną filiżankę. Miała krótkie blond włosy, takie za ucho, z centymetrowymi odrostami nieznanej barwy. Jakiś odcień brązu. Oczy świeciły się szlachetnym błękitem, jakby odbijały uśmiechy, blask słońca i tęczę, takie wesołe. Idealna cera, szczupła sylwetka... Promiennie się śmiała, z niedużym dołeczkiem w lewym policzku. 
Nie podobała mu się. Nie była brzydka, wręcz przeciwnie - widział zaciekawione spojrzenia chłopaków ze stolika obok. Może była zbyt idealna, może to ten cały optymizm... A może to, że kuśtykając do stolika rozlała połowę jego czekolady.
- Bardzo przepraszam, mogę przynieść nową...
- Nie trzeba.
Co by to dało? Przyniosłaby jeszcze mniej.
- Powinno być cztery pięćdziesiąt, ale...
- Proszę.
Z zaciekawieniem przerzucała złote monety między palcami.
- Ale przecież...
- Nie szkodzi.
Znowu ten uśmiech. Nie rozumiał takich ludzi. Wrzuciła pieniądze do niedużej kieszonki fartuszka, wytarła ręce w wełnianą ściereczkę trzymaną w dłoni.
- Dziękuję.
Odeszła. 
W końcu.
Wydawała się być speszona, chociaż granatowa sukienka do połowy uda w jakieś białe wzorki i te szpilki... Diabli wiedzą. Siorbnął łyk czekolady, której faktycznie mało doniosła. Nawet słodycze nie łagodziły cierpienia. A przecież były lekarstwem na wszystko! Cholera...
Uśmiechnął się do siebie.
Jakoś tak... smutno.
Już prawie było dobrze. Prawie wszystko naprawił, prawie się zakochał... Prawie. 
Cóż... Przecież 'prawie' nigdy nie wystarczy, prawda?


I was shot down by your love,
My Angel in blue jeans.

~TRAIN "Angel In Blue Jeans"~


***
Zawiodłam was?
Tak, siebie też :(
Z każdym kolejnym rozdziałem nabieram pewności, że nie umiem :) Jestem sobie takim małym człowieczkiem, który próbuje, ale mu nie wychodzi. Cóż... Lajf is brutal...
Przepraszam za to, że mnie tak długo nie było. Ach, te święta!
Potem Sylwester, potem choroba, nanananana...
Aj, te tłumaczenia są żałosne :P 
Przepraszam też za jakość, za długość...
Dobra, nie przynudzam :)
Do następnego (kiedyśtam)!!!

PS.: Nie zawieszam bloga i nie mam takiego zamiaru :)
PS2.: Nie zdziwię się, jeżeli nikt tego nie przeczyta... Jestem okropna :'(
PS3.: Wybaczcie ten link przy "White ballons".. Nie umiem tego naprawić, nie znam się :P
PS4.: Nadrabiam komentowanie.................... od jutra.
PS5.: Edytko, taka sobie jesteś najcudowniejsza na świecie! :*
PS6.: Aciu, kocham cię Serduszko ty moje! <3
PS7.: Ellie, Megan, Naty... Nie zasługuję na tyle ciepłych słów... Takie kochane wy!! :*
PS8.: Następny jakoś... Za miesiąc? Tak długo.. :'( 
Ale Ferie idą.. Wolne, pisanie i te takie, awwwwwwwww :3


Obserwatorzy