niedziela, 31 sierpnia 2014

Capitulo Once "Teraz znam prawdę, wiem kim jesteś i już Cię nigdy nie pokocham"




Głośny krzyk rozdarł harmonię nocnej ciszy. Usiadła na krawędzi łóżka ocierając słone łzy, które niczym ogień paliły w gardło. Oparła na łokciu obolałą głowę czując, jakby coś rozpychało czaszkę od środka. Wielkimi haustami łapała powietrze próbując opanować drżenie ciała. Nie wychodziło. Chłodne powietrze muskało nagie ramiona i popękane wargi. Kilka kropli utknęło między rzęsami mieniąc się niczym diamenty w skale.
- Co się stało? - sylwetka wyrosła za nią jakby z podziemi wyciągając ciepłą dłoń w jej stronę - Nic ci nie jest? - ocierał oczy próbując przywrócić sobie trzeźwość myślenia. Widząc, że wszystko wokół wygląda tak, jak poprzedniego wieczoru, odetchnął z ulgą.
- Nie chciałam cię obudzić - wychrypiała po chwili milczenia czując na sobie szmaragdowe tęczówki - Przepraszam.
Westchnął jakby znużony kolejnymi przeprosinami z jej ust, po czym usiadł obok okrywając dziewczynę puchową kołdrą. Spojrzał na jej twarz oświetloną błękitną poświatą ulicznych latarni. Otarła słoną łzę z pobladłego policzka.
- Zły sen? - kiwnęła głową twierdząco. Oparła głowę na silnej piersi chłopaka tonąc w jego objęciach. I znowu poczuła się bezpiecznie, jak zawsze gdy był obok - Co ci się śniło? - spytał niczym troskliwy ojciec obudzony w nocy przez córkę. W końcu był jak jej starszy brat.
- Boję się Leon - szepnęła - Boję się, że się obudzę, a ciebie nie będzie obok.
Uśmiechnął się unosząc jej podbródek. Spojrzał głęboko w ciemne tęczówki ignorując ciężar opadających powiek. 
- Zawsze będę, słyszysz? - był tak pewny swoich słów - Zawsze. Jesteśmy przyjaciółmi. 
Ponownie opadła na miękki materac wtulając się w tors Leona. Zasnęli czując jedynie ciepło swoich ciał, ukołysani biciem serc. 
Tej nocy na niebie nie było ani jednej gwiazdy. 

Głośny krzyk rozdarł harmonię nocnej ciszy. Usiadła na krawędzi łóżka ocierając słone łzy, które niczym ogień paliły w gardło. Oparła na łokciu obolałą głowę czując, jakby coś rozpychało czaszkę od środka. Wielkimi haustami łapała powietrze próbując opanować drżenie ciała. Nie wychodziło. Chłodne powietrze muskało nagie ramiona i popękane wargi. Kilka kropli utknęło między rzęsami mieniąc się niczym diamenty.
To już było...
- Co się stało? 
Zielone oczy.
- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić - mówiła przez łzy nie czując na sobie spojrzenia - Przepraszam - szepnęła. Była sama, sama w miejscu, które teraz wydało jej się tak ogromne. 
Opuszkiem palca starła łzę.
- Zły sen?
- Bałam się - mówiła wsłuchując się w ciszę przerywaną nierównomiernym oddechem. Jakby w tej ciszy próbowała coś usłyszeć - Bałam się, że któregoś dnia się obudzę, a Ciebie nie będzie obok.
Ta twarz, ten uśmiech. Jego wzrok przenikający głęboko do jej duszy.
- Zawsze będę, słyszysz? Zawsze. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie.. - szepnęła kręcąc głową, jakby chciała odgonić okrutne myśli.
- Zawsze będę, słyszysz? Zawsze będę, słyszysz? Zawsze. Zawsze. Zawsze.
- Nie.
- Zawsze będę. Zawsze. Jesteśmy przyjaciółmi.
Zawsze, przyjaciółmi.
- Nie! - ukryła twarz w dłoniach nawiedzana wspomnieniem jego głosu.
Wstała. Pierwszy raz od kilku dni rozsunęła jedwabne zasłony. Otworzyła okno wdrapując się na parapet. Usiadła, oparła plecy o ścianę wpatrując się w ciemny grafit nieba.
Tym razem była jedna, jedyna gwiazda.


No one could ever know me,
No one could ever see me,
Seems you're the only one who knows,
What it's like to be me.
Someone to face the day with
Make it through all the rest with.
Someone I'll always laugh with
Even at my worst I'm best with you.

I'll be there for you
When the rain starts to pour.
I'll be there for you,
Like I've been there before.
I'll be there for you,
'Cause you're there for me too...

- Natka, wstawaj - kołdra brutalnie poszybowała w górę wzbijając w powietrze zasmarkane chusteczki i kurz, który w słońcu przypominał świeże płatki śniegu. Lena zawsze działała bezpośrednio używając skutecznych metod. Dobrze, że nie przyniosła ze sobą wiadra wody, co także byłaby w stanie zrobić, gdyby miała choć trochę więcej wyobraźni w tej pyzatej łepetynie. 
- Daj mi spokój - nakryła głowę poduszką - I zasłoń to cholerne okno!
Nie wiedzieć czemu akurat dziś Lena postanowiła obudzić się w szatańskim humorze. Ostatnio dość często jej się to zdarzało, bez konkretnego powodu. Blondynka westchnęła zakładając ręce na piersi. Wyglądała teraz jak naburmuszony przedszkolak, który nie dostał cukierka. W sumie wzrost miała idealny. Wystarczyłaby różowa sukieneczka, kilka plam... I oczywiście dwa kucyki, które przecież tak uwielbiała.
- Spóźnisz się do Studia - każde jej słowo obijało się o uszy przyprawiając o ból głowy zwłaszcza, że przybrała ten głupkowaty irytujący ton głosu - W zasadzie spóźniona byłabyś jakąś godzinę temu. Teraz po prostu olewasz lekcje - zaczęła coś kalkulować na palcach zawieszając wzrok na wielkim plakacie Vanessy Mae, która z wielkim zaangażowaniem grała jedną ze swoich ulubionych melodii. Mahoniowe skrzypce nie pasowały do dość oryginalnych rysów twarzy i pełnych, karminowych ust. Wyglądała raczej na reporterkę czy pogodynkę. Aczkolwiek grała pięknie.
- Masz dokładnie trzydzieści osiem minut do kolejnej lekcji - wyszczerzyła zęby w kretyńskim uśmieszku gdy kudłata główka wyłoniła się spod warstwy pierza.
- Nie idę do Studia. - odparła stanowczo sięgając po dresową bluzę, nieco za dużą. Nie usłyszała odpowiedzi, zobaczyła jedynie uniesioną brew i wykrzywione wargi. - Nie idę i już.
Widząc, że siostra nie kwapi się do spełnienia prośby, sama przeczołgała się do okna przykrywając je szczelnie warstwą liliowego jedwabiu.
- Czy coś się stało? - tym razem nie było ani trochę kpiny w jej głosie czy jakiejś chorej ironii. Jedynie ta sama troska, którą słyszała tak często, że niemal zapomniała jak brzmi jej naturalny ton - Jeżeli chodzi o sytuację z wczoraj, to... W ogóle jak do tego doszło? Wiedziałam, że te Twoje "zjem na mieście" właśnie tak się skończą. - zacisnęła kąciki ust kręcąc głową na boki niczym... matka?
Tylko skąd mam wiedzieć, jak wygląda matka?
- Nie przejmuj się - poruszyła przerwany wątek.
- Lena - przerwała siadając obok - Powiedz mi... Jak się tu znalazłam?
W piwnych oczach dziewczyny zabłysnęła iskra, uśmiech sam wskoczył na usta. Zapowiadało się na niekrótką opowieść.
- Z tego co mówił to... Gdy zemdlałaś nieźle się przestraszył. Oczywiście wywołałaś niemałe zamieszanie. Wszyscy się zbiegli poza Ludmiłą, która urażona wyszła z sali targając za sobą Tomasa. - prychnęła znacząco - Żal mi go trochę. Podobno poszedł z nią dla świętego spokoju. Gregorio sam zemdlał, ale nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. W końcu wiesz, zdarza mu się. Leon.. - zawahała się, ale widząc w oczach siostry przyzwolenie, kontynuowała nieco poważniejszym tonem- stał jak słup soli i w ogóle się nie ruszał. Patrzył tylko. Violetta o czymś tam gadała szukając telefonu w jego kieszeniach. Francesca z Marco od razu podbiegli. Sprawdzali, czy żyjesz, a przy tym tak się pokłócili, że do końca dnia nie zamienili ze sobą słowa. W końcu urażony chłopak poszedł po Pabla z tak niezadowoloną miną, jakby szedł na ścięcie - zachichotała - Viola skutecznie przeszukała Leona. Widząc jego zdziwioną minę zaczęła tłumaczyć, że nie ma telefonu czy coś tam. Zadzwoniła na pogotowie. Tam stwierdzili, że nic poważnego ci nie dolega. To cię tu przywiózł, chyba taksówką. Byłaś już przytomna, ale gadałaś jak naćpana. Więc cię zaniósł do pokoju.
Klasnęła w dłonie z wielkim uśmiechem. Jak mogła się tak ciągle śmiać? 
- Kto? 
- W sumie myślę, Że miał przerąbane. Wiesz, stres bo zemdlałaś, Gregorio zemdlał, Pablo nie było, a tu jeszcze wysłuchiwać naburmuszonej Ludmiły, kłótni przyjaciół i zażaleń Fran pod adresem Marco. Serio, jest chłopak wytrzymały...
- Kto?
- Jeszcze później mówił, że...
- Lena! - krzyknęła potrząsając siostrą za ramiona - Kto? Kto ci to mówił?
Spojrzała na siostrę jak na psychopatkę.
- No... Maxi oczywiście - ta prostota w jej głosie była nie do zniesienia. 

So, so you think you can tell
Heaven from Hell,
Blue skies from pain.
Can you tell a green field
From a cold steel rail?
A smile from a veil?
Do you think you can tell?

How I wish, how I wish you were here.
We're just two lost souls
Swimming in a fish bowl,
Year after year
Running over the same old ground.
What have we found?
The same old fears.
Wish you were here.

Nie poszedł do szkoły. Oczywiście matka wyraziła swoje niezadowolenie dość bezpośrednio wpadając rano do pokoju z wielkim hałasem. Cóż... Zachowywała się czasem jak wariatka, ale nic nie mógł z tym zrobić. Momentami zastanawiał się nad znalezieniem dobrego psychiatry, ale Catherina ani śniła iść na terapię. Kiedy tylko o tym wspomniał przez tydzień nie miał prawa stawać w zasięgu jej wzroku. Wolał więcej nie narażać się dzikiej tygrysicy, bo mógłby jeszcze skończyć w wariatkowie od samego patrzenia w rozognione piwne tęczówki. Momentami przypominała Camilę, która podczas swoich ataków agresji miała ten sam pożar w oczach. Aż się poparzyć można. 
A teraz siedział sobie wygodnie na łóżku dręcząc strunę gitary, która na złość nie dawała się nastroić. Na szczęście matka nienawidziła się spóźniać do pracy, dzięki czemu uniknął dwugodzinnego kazania na temat "Mam syna niesubordynowanego osła - co ja powiem sąsiadom". Znał już na pamięć tą głupią formułkę i wciąż nie rozumiał, jak można tak bardzo dopasowywać się do myślenia innych.
- Mogę? - usłyszał cichutki, nieco piskliwy głosik dochodzący zza uchylonych drzwi. 
- Nie - powiedział odruchowo, jednak łezki w kącikach zielonkawych oczu znów sprawiły, że poczuł się jak najgorsza osoba na ziemi - Susana gdzieś wyszła?
- Nie - odpowiedziała obejmując chudziutkimi ramionkami pluszowego misia. Stała wciąż w drzwiach świdrując brata tymi swoimi tęczówkami. Nigdy nie wiedział, jaki to jest kolor. Czasem zielony, innym razem bardziej błękitny. Takie same jak u ojca.
- To po co przyszłaś? - spytał wzruszając ramionami.
- Nie wiem - odparła podciągając piegowatym noskiem. Niepewnie weszła do pokoju wskakując od razu na łóżko tuż obok Maxiego.
- Rosa, nie zawracaj mi głowy - wywrócił oczami - Jestem zajęty, nie widzisz?
- Nie.
- Znasz już tylko to jedno słowo?
- Nie - wysunęła język ze szczerbatej buzi wtulając się w maskotkę. 
Obserwował ją przez chwilę próbując skupić się na strojeniu cholernej struny, która na złość wciąż nie brzmiała dobrze. Jednak obecność dziewczynki strasznie go irytowała. 
- Po co przyszłaś?
- Nie wiem.
- To stąd wyjdź.
- Przecież nic nie robię!
- To możesz nic nie robić gdzie indziej!

Zeskoczyła na ziemię obrażona.
- Kiedyś nie byłeś taki. Jesteś głupi! - krzyknęła trzaskając drzwiami.
Prychnął, choć dobrze wiedział, że to prawda. Niczym nie zawiniła. To nie przez nią miał taki podły nastrój. I znowu to cholerne poczucie winy...

Słońce dzisiaj było jakieś takie... zimne. Swoją pobladłą żółcią drażniło oczy. Ledwo wyłaniało się zza chmur nie grzejąc za bardzo. Wydawało się być jakieś takie zasmucone, niepewne. 

Jak ty Maxi?
Przynajmniej nie padało, co w sumie i tak nie miało większego znaczenia. Lubił deszcz. 
Przeszedł przez ogród zatrzymując się przed ojcowskim warsztatem. Mężczyzna spędzał tam każdą możliwą chwilę - taka pasja. Już dawno nauczył się, że gdy Juana nie ma w domu za pewne przesiaduje w swojej osobistej szopie. Bo tak wyglądał warsztat, jak miniaturka stodoły. Oparł się o dębową futrynę drzwi obserwując ojca, który właśnie strugał jakiś kolejny rupieć. Pewnie karmnik, czy coś tam. Już chciał sięgnąć po kawałek papieru ściernego gdy zauważył syna.
- Maximiliano - uśmiechnął się zdejmując gogle - Coś nie tak?
Wzruszył ramionami unosząc kącik ust. Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym wrócił do swojego zajęcia. 
- Więc... Co cię do mnie sprowadza? - spytał skupiając całą swoją uwagę na małej, drewnianej figurce.
- Nie wiem. - odparł podchodząc bliżej - Chciałem pogadać.
- Dobrze - chyba lekko się zdziwił, bo blade czoło rozorała długa zmarszczka - Więc mów.
- Właśnie... Nie wiem... Nic mi nie przychodzi do głowy.
Ojciec zaśmiał się.
- Widzę, że coś cię martwi - spojrzał na syna - Lecz jeśli nie chcesz, nie mów.
Patrzył w Juanowe oczy. Swoją nieodgadniętą barwą i kształtem niemal do złudzenia przypominały te siostrzane. Tyle, że były jakieś takie... głębsze. U dziewczynki nie dostrzegał tego dziwnego błysku i doświadczenia, które ojciec nazbierał latami. 
- Ja... Nie wiem co robić. Nie radzę sobie.
- Synu, problem można rozwiązać.
- Tylko jak, jeżeli go nie rozumiem?
Cisza, ta głupia głucha cisza, której tak nienawidził. 


She was like April sky
Sunrise in her eyes.
Child of light, shining star,
Fire in her heart.
Brightest day, melting snow
Breaking through the chill.
October and April.

He was like frozen sky
In October night.
Darkest cloud, endless storm
Raining from his heart.
Coldest snow, deepest blue
Tearing down his will.
October and April.

We were like loaded guns
Sacrificed our lifes.
We were like love undone
Craving to entwine.
Fatal torch,
Final thrill,
Love was bound to kill.
October and April.

Like hate and love,
World's apart,
This fatal love was like poison
right from the start.
Like light and dark,
World's apart,
This fatal love was like poison
right from the start.


solitario123: Dlaczego? Chciałaś się pobawić? Zniszczyć mi życie? Gratuluję, udało się. Bo sam nie wiem. Coś czułem... Ale to bez znaczenia. Teraz znam prawdę, wiem kim jesteś i już Cię nigdy nie pokocham.



***
^ The Rembrandts "I'll be there for you"
^ Pink Floyd "Wish you were here"
^ The Rasmus "October & April"

Powyżej macie piosenki, kolejnościowo.
To to by było na tyle. Wybaczcie niską jakość, ale wena gdzieś uciekła... 
Cóż, najwyraźniej pisanie nie jest dla każdego.
To do następnego (o ile ktoś w ogóle to czyta!)
Ana Julia

niedziela, 24 sierpnia 2014

One shot - Miejski rytm, czyli metaliczny posmak krwi

Postaci: Natalia, Diego, Maxi
Uwagi: Wulgaryzmy, nałogi, sceny drastyczne, erotyczne.

*
*


Kolejne krople deszczu wsiąknęły w delikatny aksamit czarnej sukienki. Poprawiła kołnierzyk odrzucając do tyłu loki, którym dziwnym sposobem udało się wyśliznąć z misternie spiętego koka. Odkaszlnęła jeszcze, przeglądając się w witrynie jakiegoś mijanego sklepu. Skręciła w alejkę, cichą i pustą, zakończoną ogromną stertą śmieci i pozostałościami srebrnej siatki, niegdyś służącej za płot. Nerwowo oblizała wargi poprawiając rzemyk zegarka. Tu miał czekać, ale jak zwykle się spóźniał. Zawsze była pierwsza, może dlatego, że bardziej jej zależało.
Nie czekała długo. Spomiędzy ceglanych budynków pokrytych licznymi warstwami spray'u wyłoniła się dość pokaźna postać. Każdemu krokowi chłopaka towarzyszył brzęk łańcuchów, które zawsze zawieszał przy spodniach. Wysokie glany, nie ukrywając dość zniszczone, przemokły doszczętnie, gdy kolejny raz nie ominął kałuży. Skórzana kurtka stanowiła barierę ochronną przed wyczuwalną w powietrzu ulewą. No i ten uśmiech, jako jedyny widoczny spod kaptura. Wydawała się przy nim taka krucha, jak dziecko. Tymczasem dzielił ich jedynie rok, może dwa lata.
- Masz? - spytała na wstępie nerwowo pstrykając palcami, jak to miała w zwyczaju. Roześmiał się, najpierw cicho, jednak już po chwili prawie tarzał się po ziemi.
- Oj, spokojnie kotku - powiedział pokonując dzielącą ich odległość, jednym krokiem stając tuż przed nią. Ciemne tęczówki zawiesił na czarnej falbance sukienki, która zsunęła się lekko z ramienia - Mamy czas.
Chwilę później znalazł się za nią, czuła ciepły oddech na karku, mieszaninę mięty i tytoniu. Zadrżała gdy zimne palce delikatnie musnęły jej ramię, następnie zajmując się suwakiem na plecach. Nawet się nie zorientował, gdy stanęli ponownie twarzą w twarz.
- Nie wydurniaj się - stanowczość bijąca od jej drobnej sylwetki przerosła go o głowę - Wiesz po co przyszłam.
- Zabawna jesteś gdy się wściekasz - ponownie wyszczerzył zęby odsuwając się na krok. Ukrył dłoń w kieszeni wyciągając paczkę papierosów najmocniejszych na rynku. - Po trzy.
- Masz całą paczkę. Po całym.
- Zadziorna - zaśmiał się rzucając zapalniczkę w jej stronę - Dobra, niech ci będzie.
- Proszę, proszę. Po tylu latach w końcu się nauczyłeś, że i tak nie wygrasz?
- Nie, po prostu szkoda czasu na kłótnię - skwitował wypuszczając kłęby dymu z płuc. Szybko się uwinął wrzucając peta do kałuży. - Ile masz kasy?
- Tyle ile potrzeba, a co? - spojrzała w jego stronę opierając się o ścianę budynku.
- Towar podrożał - stanął znowu blisko, trochę za blisko - Chyba, że no wiesz... - znowu zadrżała, jego szept drażnił ucho - Zdołasz mnie jakoś przekonać.
Niemal wpadł w stertę śmieci, gdy w końcu zareagowała mocnym pchnięciem. Przyłożyła znów papierosa do ust słysząc w odzewie jedynie chichot.
- Trochę poczucia humoru, skarbie.
- Diego - ostatnia chmura dymu poszybowała powietrze, obcas przygniótł niedopałek - daj sobie spokój. Znamy się trochę i...
- To nie moja wina, że tak śmiesznie się denerwujesz. Wtedy twój nos się tak marszczy, a brwi...
- DIEGO! - uniósł ręce w geście rezygnacji.
- No już dobrze. Dawaj kasę, ja daję towar i idziemy, każdy w swoją stronę.
Mocny uścisk dłoni, przynajmniej tak widzieli to przechodnie. Tymczasem pieniądze zmieniły właściciela, podobnie jak mała saszetka.
- Nadal cię lubię, nie spieprz tego.
- Skarbie, jestem jedyną osobą, która jeszcze z tobą gada.
- Zawsze mogę znaleźć nowych przyjaciół.
- Te wytapetowane lafiryndy, których jedynym problemem jest brak szminki? Gówno wiedzą o prawdziwym życiu. Debilki. Podobnie te idiotyczne karykatury facetów. Kpią z nas, nazywają dziećmi ulicy. Są fałszywi. Patrzą tylko na pieniądze i na to swoje sielankowe życie. Nie mają problemów. Nie interesuje ich, dlaczego jesteśmy właśnie tacy. Umieją tylko oceniać, śmiać się z tych, których naprawdę doświadczyło.
- Wyluzuj. Wiem, jak jest.
- Nie mogę już tak dłużej.
- Diego...
- Nie!
Przyparła go do muru, spojrzała głęboko w oczy. I jedynie ten mały płomyk na ciemnej tęczówce, który niczym deszcz splamił jej blady policzek, pozwolił mu opanować nerwy. Otarł łzę z jej twarzy.
- Muszę iść - wróciła do rzeczywistości. Wywrócił oczami - Wiesz, że tylko po to tu przyszłam.
Odeszła kilka kroków wtapiając się w tłum szarych pacynek.
- Kotku, jesteś pewna?


Oni i ja, wiesz ja mam swój świat
Oni czarno-biali, a ja mam w oczach blask.

- Park? W taką pogodę? - spytała. Ziewnęła ocierając zmęczone powieki, nieco posiniałe od przyjmowanych dawek. Włosy przypominały bardziej gniazdo ptaków. Zresztą jej strój wcale nie był w lepszym stanie. Koszulka bez rękawa naznaczona licznymi plamami i czarne legginsy z wielką dziurą na kolanie.
- Cóż, lubisz deszcz - odparł w skrócie chowając dłonie w kieszeniach.
- Czekaj, muszę się ogarnąć - powiedziała znikając za zniszczonymi drzwiami mieszkania. Wyblakła pęknięta tabliczka mówiła, że mieszka tu nie kto inny niż sam Roberto Perdido, najsłynniejszy osiedlowy menel w mieście. Mało tego, podobno przebywa tu także jego żona, Inme. Zabawne. 
Nie minęło pięć minut gdy wróciła, co było dla niej typowe.
- Idziemy? - spytała z nikłym uśmiechem naciągając kaptur na głowę - Wybacz, że tak długo. Nie mogłam znaleźć bluzy.
Pamiętał, że dostała ją dawno od niego samego. Szara, sięgała jej gdzieś do połowy uda. Ale cóż, taki styl lubiła. A raczej musiała lubić. 
- Mogłaś się chociaż uczesać - skwitował z końskim uśmiechem na ustach. Wywróciła oczami.
- Dla ciebie? Nigdy.
Ławka. Zawzięta rozmowa o wszystkim i o niczym. Milczenie... Niebezpieczna cisza następująca po i przed każdą wypowiedzią. Papierosy. Dym. Łzy.
- Ostatnio był w domu... Może tydzień temu. Wisi mi co robi i gdzie jest. Lepiej mi, gdy go nie ma. Szczerze wolałabym znów wrócić do bidula, niż mieszkać z tym frajerem.
- To twój ojciec.
- Nie, nie wiesz co mówisz. Liczyłam na inną przyszłość, rozumiesz? Myślałam, że wyjdę z domu dziecka i ułożę sobie życie, ale nie! Wszystko musiał spierdolić! - krzyczała coraz głośniej, paznokcie coraz głębiej raniły skórę.
- Mała, uspokój się.
- Mhm - krew spłynęła cienką stróżką z nadgarstka wzdłuż dłoni skapując następnie z koniuszków palców. Często sama sobie zadawała ból, tworzyła nowe blizny. Nienawidziła tego kim jest, nienawidziła swojej przeszłości i nie umiała patrzeć w przyszłość. Chciała zapomnieć. Problemy mnożyły się, ich ilość ją przerastała. Od dawna nie miała już sił walczyć, myślała tylko o jednym - by ze sobą skończyć. Każdy dzień był kolejnym ciosem. Nie miała sensu w życiu, nie miała celu, nie potrafiła marzyć.
- Hej - kawałek szkła wypadł z jej dłoni, krew dalej kapała tworząc mozaikę na chodniku - Przestań - w jego ramionach zawsze szukała pomocy. Był trochę jak jej osobisty anioł, dawał poczucie bezpieczeństwa - Jesteś dla mnie zbyt ważna.

Prawdy nie znają ludzie,
 z którymi mieszkam...


- Co ty kurwa powiedziałaś? - mimo zadanego ciosu wyprostowała się wypychając dumnie pierś do przodu. 
- Jesteś nic nie wartym... - kolejny raz uderzył z taką siłą, że upadła na odłamki szkła i brudu. Zatoczył się do tyłu, po czym poszedł, a raczej przepełzł do obskurnego pokoiku. Z wielką siłą rzucił naprocentowane ciało na kanapę wylewając przy okazji resztkę trunku. Niecelnym rzutem butelka trafiła w ścianę, dosyć daleko od jej skulonej postaci, i rozbiła się na drobne kawałki. Coś tam bełkotał pod nosem, jednakże szybko głowa Roberto opadła na zniszczony zagłówek tapczanu. Gardłowy charkot rozniósł się po mieszkaniu wzbijając w powietrze woń alkoholu. Zasnął. A gdy tylko nadarzyła się okazja wybiegła z piekła, którym już od dawna był jej rodzinny dom.
Ulica świeciła pustkami. Ocierała nerwowo krew, próbowała opatrzyć rany, choć małe to tak liczne. Szkło boleśnie przebiło skórę umożliwiając poszarzałej purpurze ujrzeć światło dzienne. Nie płakała przyzwyczajona do codziennej sytuacji. Z głównej drogi skręciła w wąską alejkę. Zimny wiatr smagał jej policzki, bawił się włosami. Drżącymi dłońmi ocierała pot z czoła. I nagle, zupełnie przypadkowo, wypłaciła komuś z łokcia prosto w twarz.
Z przerażeniem popatrzyła w jego stronę układając w myślach przeprosiny. Chłopak zatoczył się gładząc pulsujące miejsce, jednak nie wyglądał na wściekłego. Gniew nawet nie naruszył łagodnych rysów twarzy.
- Nie szkodzi - uśmiechnął się pocierając zaczerwienioną skroń. Podniósł wzrok i zamarł.
Krew spływała po nagiej skórze przyprawiając o dreszcze. Włosy zamieniły się w zlepki brudu i słonych łez, a limo pod okiem zaczęło już sinieć - Wszystko w porządku? Ktoś cię pobił?
- Nie ważne. Dobrze, że nic ci nie jest, cześć! - chciała odejść, powstrzymał ją łapiąc jej kruchą dłoń.
- A ty? Krwawisz. Powinnaś jechać do szpi...
- A co cię to w ogóle obchodzi? Przecież jestem tylko głupią ćpunką z ulicy. Zapomnij.
I w mgnieniu oka zniknęła za marmurową ścianą budynku.
Niebo przybrało odcień pięknego szafiru, a słońce świeciło jaśniej. Ptaki śpiewały piękne serenady, delikatny przyjemny wiatr bawił się płatkami kwiatów.
- O tobie? To niemożliwe.


Nikt nie podejdzie do mnie, nie powie mi wprost,
Że nienawidzi mnie, że po prostu ma mnie dość..

- Co się stało? - spytał gładząc świeże rany opuszkami palców. Troska mieszała się z gniewem tworząc na jego twarzy mieszankę emocji. Oparła się plecami o mur biorąc kolejnego bucha.
- Jeszcze pytasz? - prychnęła ironicznie - Tatuś.
Zatoczył się ukrywając twarz w dłoniach. Zacisnął pięści.
- Kurwa! - wrzasnął uderzając w ścianę. Tynk wykruszył się - Zabiję gnoja!
Jego twarz przybrała niemal karminowy odcień, zazgrzytał zębami. Dawno nie widziała go w stanie takiej furii. Gdyby ktoś teraz stanął mu na drodze z pewnością nie wyszedłby z tego cało. Znowu musiała interweniować.
- Diego, proszę cię. - mówiła spokojnie trzymając krwawiącą rękę na jego torsie. Drugą wyciągnęła właśnie papierosa z ust wzbijając w powietrze chmurę dymu. - Nie mogę stracić też ciebie. Pomyśl o konsekwencjach.
- Konsekwencjach? - zaśmiał się kręcąc z niedowierzaniem głową - To co? Mam czekać, aż ten sukinsyn cię zabije?!
- Diego... - pogłaskała go po policzku - Zrobił swoje. Teraz znowu zniknie na kilka tygodni, do tego czasu się zagoi.
Wyrwał się z jej kruchych ramion.
- A potem co?! Znowu cię zleje?! Znowu cała we krwi przyjdziesz z płaczem?!
- Nie, nie, proszę cię - mówiła niemal szeptem patrząc głęboko w ciemne tęczówki - Nie myśl o tym. Potrzebuję cię, właśnie teraz. Spójrz na mnie. Cierpię, widzisz? Bądź przy mnie, błagam.
I znów znalazła się w silnych ramionach, wdychając woń jego perfum. Dusiła się łzami plamiącymi ciemną koszulkę chłopaka, który głaskał jej ciemne włosy szepcząc do ucha.
- Nie pozwolę mu cię znowu skrzywdzić, rozumiesz? Nikomu nie pozwolę - wydawała się tak krucha. Próbował ukoić jej ból - Jeżeli ktoś cię tknie, zabiję go.

Dziś mam siłę i odwagę by wyrazić ból,
Bo bywają takie dni, że po prostu padam z nóg...


KONIEC CZĘŚCI I


***
Witajcie skarby... (o ile ktoś w ogóle to czyta)!
Beznadziejnie? Wiem.
Z opóźnieniem? Wiem.
Krótko? Wiem.
Ale cóż... Wybaczcie mi ten one shot. To oczywiście pierwsza część z kilku, najprawdopodobniej trzech. Piosenka: "Czarno-biali" Tes
Nad rozdziałem pracuję, na razie w mojej głowie, ale najbliższy tydzień najprawdopodobniej spędzę przed komputerem :)
Chcę was jeszcze raz bardzo przeprosić za to opóźnienie, ale wiecie jak to w wakacje...
Teraz nigdzie się nie wybieram przez dłuuugi czas (wiecie jak się stęskniłam?) :)
To chyba na tyle...
W takim razie do następnego misie!
Ana Julia


sobota, 12 lipca 2014

Uwaga, informacja, czy coś...



Witajcie skarby!
A więc mamy nasze ukochane wakacje. Każdy z was pewnie ma jakieś plany. Bez zbędnego przedłużania (a jak wiecie Ania bardzo lubi przedłużać) jadę na trzytygodniowy obóz. No i co się z tym wiąże, a do czego zmierzam, rozdział się nie pojawi.
Ale, jak wiecie, wyjazd nie oznacza przerwy w pisaniu! Wszystko nadrobię zaraz po powrocie, obiecuję. Jedenastki możecie oczekiwać tak za trzy, cztery tygodnie.
Cóż.. To by było chyba na tyle. Udanych wakacji!
Ana Julia


wtorek, 1 lipca 2014

Capitulo Diez "To uczucie, jakbyś by częścią własnego snu..."

Wiktorii P., ty już kochana dobrze wiesz, za co <3
Katniss Parker, co tu dużo pisać, kocham cię Marciu, jesteś moim słońcem <3
Kornelii80, ti amo Juleczko <3
Pannie Martin, za to, że jesteś <3

I oczywiście Aci za to, że jesteś zawsze gdy Cię potrzebuję, lub
gdy wena mnie opuszcza. Kocham cię misiu <3
___________________________________________________




Otwartą dłonią muskała delikatne jesienne liście mocząc opuszki palców kroplami wczorajszego deszczu. Pasowała tam. Kolorowa, rozpromieniona. Anielski wygląd diabelskiej postaci. Dopełniała obrazek swoją sylwetką nadając mu życie, piękno. Łagodność i szczerość bijąca z uśmiechu rozświetlała krajobraz miedzianych drzew. Ciemne loki, spływające jednolicie na ramiona, tajemniczo falowały wokół rumianych policzków. Jakby motyle unosiły splotki włosów i srebrnych korali utworzonych z kropel porannej mżawki. 
Stąpała delikatnie po mokrej trawie ciągnąc za sobą nieprzerwaną rzekę błękitnego materiału. Suknia odsłaniała nagą skórę ramion ogrzewaną ostatnimi promieniami jesiennego słońca. Płonęła żywym ogniem wśród drobnych iskier. Powabna sylwetka zlewała się z wszelkimi odcieniami brązu i żółci tworząc cudną mozaikę różnorodnych barw. Jakby ktoś namalował przepiękne dzieło używając całej gamy kolorów. 
Upadał, ginął rażony wspaniałością. Zachichotała niczym niewinna mała dziewczynka, ukazując rządek śnieżnobiałych pereł. Bezbronne dziecko, które zyskiwało przewagę, coraz bardziej nad nim panując. Odbierała mu siły czyniąc kolejnym trofeem, które uzupełni kolekcję. Tracił zdolność mowy, nie mógł się poruszyć. Rosła jej siła, rosła kontrola. 
Zawirowała wzbijając liście w powietrze. Tak krucha… Drobna sylwetka tańcząca z darami jesieni, a jednocześnie niebezpieczny monsun, niszczący rozległe krainy. Miała pełną władzę. 
Upadła. Z głośnym skowytem rzucił się przez park, byle tylko ratować mroczną różę, katastroficzny huragan. Musiał jej bronić, chronić nawet własnym ciałem. Wziął miękką sylwetkę w objęcia z przerażeniem wymalowanym na twarzy. A ona? Odgarnęła tylko loczki rozsyłając daleko w park melodyjny śmiech. 
Dostrzegał, jaką kontrolę nad nim miała. Znajdowała się w centrum jego wrzechświata. Długimi kłami coraz głębiej wpijała się w jego umysł. Zakorzeniła się w głębi serca i nie miała najmniejszej ochoty odejść. Mroczna siła, piekielna strzyga. Zabijała jego wolność, odbierała mowę. Oblewała kwasem.
A mimo tego była słońcem wskazującym drogę w mrocznym labiryncie, w którym kroczył. Może się zagubił błądząc w nieprzebyte ciemności, które oświetliło dopiero ciepło jej serca,  łagodność duszy. Uratowała zagubionego chłopca dając mu najcenniejszy dar, jaki tylko mogła – całą siebie. A był to ogromny prezent.
Przygryzła dolną wargę. Udawała niewinną, jakby nie była diabelną istotą pożerającą każdego. Słodkim śpiewem wodziła za nos, niczym mityczna syrena, prowadząc na pewną zgubę. Wpadali w pułapki jak małe muchy w sieć pająka. A potem? Torturowała ich melodyjnym głosem, katowała ukradkowymi spojrzeniami pięknych oczu, lśniących czystym złotem. Obezwładniała prostotą.
Wkroczył na parkiet włączając się w jej taniec. Naśladował wdzięczne ruchy pełne gracji, jak na anioła przystało. Musnął miękką skórę palącą czystym ogniem. Spojrzał w ciemne oczy, zalążek morderczej trucizny. Napawał się zapachem, hipnotyzującą wonią. Ułożył dłoń na kruchej talii starając się nie naruszyć harmonii. Próbował wpasować się w dzieło, domalować na obrazie. Splotła smukłe palce z jego dłońmi. Nie zmusiła go. Tym razem sam dał się ponieść. 
Włączył się w taniec z niebiańskim szatanem.
Ten jeden, niepowtarzalny.
Ten ostatni.
Taniec śmierci…


- Może ty Naty? - spytała Angie wlepiając w nią swoje roześmiane oczy. Zadrżała. Nie wiedziała co odpowiedzieć, w końcu nie słuchała nauczycielki. Twarz kobiety przybrała ostry wyraz, jakby napiła się soku z cytryny. Zaczęła nerwowo tupać ciemnym balerinem o posadzkę. - Nie słuchałaś mnie.
Swoją stanowczością i grozą sprawiła, że Natalia poczuła się jak najgorsza osoba na świecie. Nerwowo splotła dłonie opierając je na kolanach.
- Nie, przepraszam.
- No już trudno. Ktoś inny - zaczęła się rozglądać po roześmianych twarzach uczniów - Violetta - twarz nauczycielki ponownie złagodniała, jakby zobaczyła małego baranka. Można by rzec, że nawet się uśmiechnęła.
Wyraźnie zadowolona Castillo wstała poprawiając pastelową spódniczkę w najprzeróżniejszych odcieniach tęczy, po czym, udając zdziwienie, podeszła do klawiszy. Zaczęła śpiewać, niby to nieśmiało, jednakże pewnie i z tak zwanym wdziękiem. Może i miała coś w sobie, ale dla Natalii była jedynie laleczką, tak jak niewielkie barbie, których nienawidziła w dzieciństwie. Może stąd ta niechęć? Przetarła zaspane oczy udając następnie, że słucha koleżanki z ogromnym podziwem. Może dlatego nauczycielka nie drążyła tematu gdy jej wzrok ponownie padł na Hiszpankę.
Nawet nie wiedziała co to za piosenka. Wyłączyła się już na początku zajęć zamykając się w swoim własnym świecie, wiecznie zamyślona. A było o czym myśleć.
Ziewnęła zwracając na siebie uwagę większości. Gdyby ich wzrok mógł zabijać, z pewnością leżałaby martwa. No bo jak można się nudzić przy występie Violetty? Tylko jedne oczy nie spojrzały w jej stronę. Jedne, te z drugiego końca sali.
Siedział z posępną miną wystukując palcami rytm pasujący idealnie do śpiewanej piosenki. Nie spojrzał na nią, ani razu. Co chwilę nerwowo poprawiał czapkę, to ją zdejmował, to znów zakładał. Dotykał słuchawek, bawił się kabelkiem, miętolił sznurówkę ciemnych skate'ów. Cały czas o czymś myślał. I dobrze wiedziała o czym. 
Wtedy, tam w parku. Poczuła się oszukana, rozczarowana, smutna. Nie wątpiła, że czuł to samo. Jedynym co ich różniło była miłość. Bo pokochała chłopaka z Internetu, nie Maxiego. A on? Nie umiał kochać.

Oni słuchają lecz nie słyszą,
między niebem a ciszą
spotykamy siebie.

Jeszcze nigdy nie czuła aż takiej ulgi po skończeniu zajęć, zwłaszcza tych z Angie. Wolność. Z dala od ciekawskich spojrzeń i przewiercających na wylot groźnych oczu nauczycielki. Dzwonek był jak wybawienie.
Zaczęła szykować się do wyjścia. Wszyscy ją mijali, a na końcu on. Zanim pozbierał swoje rzeczy minęło kilka dobrych chwil, a potem już tylko mignął w drzwiach. I chyba pierwszy raz od wielu lat nie strącił jej książek.
Uwinęła się stosunkowo szybko uciekając jak najdalej od piekła, którym od dziś była sala śpiewu. Wyszła przed szkołę starając się zapomnieć o głupiej lekcji. Miała o wiele ważniejsze sprawy i to one powinny zaprzątać jej umysł. Tak twierdziła. Usiadła w ulubionym miejscu pod drzewem.
Cień dawał ukojenie w ciepłe dni, a w takie jak ten chronił przed deszczem. W Argentynie bardzo rzadko padało, tymczasem od jakiegoś tygodnia, może dłużej, nikt nie widział słońca.
I dobrze.
Uśmiechnęła się pod nosem. Nienawidziła słońca. O wiele bardziej wolała moknąć. Zaczęła miętolić ździebełko trawy nieświadomie obserwując wejście szkoły. Wszyscy głupio patrzyli na zewnątrz.
Liczyli krople deszczu?
Pierwsza wyszła Violetta, jednak już po chwili zaczęła głośno krzyczeć. Coś tam, o makijażu. Leon szybko pozbył się swojej kurtki oddając ją rozwydrzonej lafiryndzie, która w tym momencie skakała z kąta w kąt wrzeszcząc wniebogłosy. Ku własnej głupocie zamiast ją założyć zakryła tylko twarz, by chronić resztę tuszu wciąż trzymającego się rzęs. Tymczasem chłopak stał z posępną miną oglądając poczynania swojej ukochanej, która obecnie z wielkim uśmiechem obcałowywała jego policzek. Jego włosy przypominały teraz gałązki bluszczu. Objął Castillo w talii i w ułamku sekundy zniknęli gdzieś w parku.
Idiotka.
Następna wyszła Camila, która w przeciwieństwie do swojej przyjaciółki nie miała dwóch ton makijażu. Może właśnie dlatego zamiast głośno wrzeszczeć uśmiechnęła się do podbiegającej właśnie Fran i razem, ramię w ramię, poszły gdzieś, sądząc po kierunku, do pobliskiego baru. Resto czy jakoś tam.
Kolejna w oczy rzucała się Ludmiła, bezczelnie idąca w kierunku Natalii tarkocząc coś o deszczu i szmince. Jej "ochronę" stanowił Andres, który jak cień podążał krok w krok za blondynką trzymając nad jej głową ogromny parasol, pod którym sam miał zakaz stać. Wyglądał na niezbyt zadowolonego zwłaszcza, że co chwila obrywał z warkocza Ferro.
- Rozumiesz co do ciebie mówię? - spytała wymachując rękami w charakterystycznych dla siebie gestach. Zmarszczyła czoło wyraźnie zdenerwowana.
- Daj mi spokój - usłyszawszy odpowiedź otworzyła szeroko usta i po paru oszczerstwach w stronę Hiszpanki odeszła gdzieś, chyba z powrotem do Studia, ciągnąc za sobą biednego chłopaka potykającego się o własne nogi.
"Ludmiła odchodzi"
No i w końcu wyszli chłopacy. Broduey spojrzał w niebo, jakby dziękując za deszcz, po czym kontynuował zawziętą dyskusję z Napo. Obok nich szedł Braco spoglądając co jakiś czas na Maxiego. 
Zobaczył ją.
Stanął na schodach z miną, jakby właśnie zobaczył ducha. W jego oczach kryła się taka niechęć, że aż zatruwała powietrze. A tam dalej, za tą niechęcią, taka jakby... tęsknota? Patrzył na nią próbując odczytać jej myśli. Bezskutecznie. Szybko odwróciła wzrok uniemożliwiając mu wyczytanie czegokolwiek z bezkresnej otchłani brązu. W zasadzie niepotrzebnie, bo i tak już dawno odgrodziła się ogromnym murem zamykając swoje oczy na świat. Sprawiła, że stały się puste, bez wyrazu.
Stał jeszcze chwilę, moknął. Następnie, słysząc głośne nawoływania kolegów, otrząsnął się z transu podbiegając do roześmianej grupki. Jeszcze tylko raz spojrzał na nią kantem oka.
Poczuła smutek, dziwny żal. Bo kochała? Bo tęskniła?
- Zaczekajcie na mnie! - ponownie spojrzała w stronę szkoły, z której właśnie wybiegał Federico potykając się kilka razy na schodach. W pośpiechu zakładał fioletową bluzę chroniąc swoją misternie ułożoną grzywę.
Ten jego uśmiech wyrył się w pamięci Natalii raniąc każdego dnia.
Kochanie powiedz mi, czy jeszcze kiedyś będę szczęśliwa?

Oni patrzą lecz nie widzą,
z Twojej radości szydzą,
przychodzą kiedy są w potrzebie.

Kolejna lekcja, ta z Gregorio, zapowiadała się całkiem miło. No, gdyby nie Gregorio. Jak widać znowu pokłócił się o coś z Pablo powtarzając w kółko jaki to on zły i okrutny. Był jeszcze w tym swoim szatańskim humorze, przez co dwa razy bardziej wyżywał się na uczniach.
Próbowała tańczyć, jak najlepiej umie. I nic. I tak wrzeszczał, oczerniał, może nawet zasmucał. Bo choć inni przyzwyczaili się do specyficznego nauczyciela, ją zawsze raniły nawet najmniejsze obelgi z jego ust. Z ust kogokolwiek.
Oczywiście stanął na drugim końcu sali. Nie patrzyła na niego, ale co jakiś czas czuła jego wzrok na sobie. Czyżby przełamywał niechęć?
Co w zasadzie czuła? Niczego nie była pewna, sama nie wiedziała. Bo kochała chłopaka z Internetu, nienawidziła Maxiego. Tylko, że Maxi był tym chłopakiem. 
Jak nazwać stan między miłością a nienawiścią?
- Pary - wrzasnął, dobierając kolejno Tomasa, którego imię wymówił z takim obrzydzeniem, jakby chłopak nie wiadomo co zrobił, z Violettą, co oczywiście zostało przypieczętowane groźną miną Leona. Verdas miał tańczyć z Francescą, a Marco z Ludmiłą. Mina chłopaka mówiła sama za siebie, nie mówiąc o Ferro - Natalia, Maxi, do roboty!
Usłyszała swoje imię. I jego. Mieli razem tańczyć. Tylko jak, skoro nie mogli na siebie patrzeć? Poczuła jak żołądek podchodzi jej do gardła, serce przyspieszyło. O dziwo Ponte nie robił nic, nie błagał o zmianę partnerki, jak robiłby to jeszcze kilka dni temu. Po prostu stał z kamienną twarzą obok niej czekając na swoją kolej.
Pierwsza oczywiście Violetta, panna idealna. Tańczyła z Tomasem, który niemalże pożerał ją wzrokiem. A Leon? Mogłoby się wydawać, że zaraz wyskoczy z własnej skóry, a po Hereidzie zostanie tylko mokra plama. Ludmiła oczywiście musiała wepchnąć się przed Francescę pieprząc coś o wywyższaniu Castillo. Oczywiście taniec przerwała chyba sto razy, dokładnie dwadzieścia trzy, tłumacząc, że Marco "nie dorasta jej do pięt" i że "nie może pracować w takich warunkach".W końcu obrażona usiadła gdzieś na końcu sali śliniąc się do Tomasa. Francesca z Leonem wypadli chyba najlepiej. Nie pomylili się ani razu, a co ważniejsze, nikt nie chciał nikogo zabić. 
I niestety, nadeszła ich kolej. 
Stanęła na środku czując, że zaraz zemdleje. Przełknęła ślinę. Wszyscy patrzyli na nią z pewnego rodzaju obawą, no może nie Ludmiła. Martwili się? Poczuła na karku jego ciepły oddech, drżące dłonie na swojej talii. Też się bał. Zamknęła oczy. Muzyka przerwała niespokojną ciszę.
Zaczęli spokojnie, może trochę sztywno, bojąc się tej chwili, bojąc się siebie. Strach, zdenerwowanie... Wszystko mieszało się w ich głowach, czuli krew pulsującą w żyłach. Nie tylko własnych, ale i swoich nawzajem. Ich oddechy zrównały się ze sobą. Ich dusze złączyły się w jedno. Wyleciały, gdzieś do góry, wirowały nad ich głowami.
Dwa ciała, dwa serca, dwie dusze.
Jeden taniec.
Obalili wszystkie mury, ich ruchy stały się płynniejsze. Już się nie bali. Każdy z nich, indywidualność, teraz byli jednym. Uczucia brały górę. Oddawali się namiętności, taniec zmysłów. Dwie osoby, skrzywdzone, samotne, nieszczęśliwe. Wciąż walczące o swoje życie, swoje potrzeby. Teraz się zjednoczyli, stali się silniejsi. Dzięki wspólnej pasji.
Muzyka stopniowo cichła, taniec zbliżał się ku końcowi. Nie chcieli tego, choć próbowali udawać obojętność. Ostatnie uniesienie.
Chwila, sekundy.
Koniec.
Dusze dryfujące nad nimi ponownie się rozłączyły, wróciły do swoich ciał. Serca biły we własnych rytmach, oddechy były przyspieszone, ale inne. Stali blisko, przytuleni. Czuli swoje ciepło. Otworzyli oczy ponownie stając na ziemi.
I ostatnim co pamiętała były czekoladowe tęczówki.
Oklaski stały się niewyraźne, ucichły.
Zapach zniknął.
Ciemność.
Zemdlała.



Pamiętaj o tym, że nadzieja karmi a nie tuczy,
Do szczęścia otwarte drzwi, nie szukaj kluczy.
Twój Anioł chce Twą wiarę obudzić...


***
Jak widzicie, wena nie jest łaskawa.
Cóż, mamy kolejny rozdział, jeszcze bardziej beznadziejny.
Wiem, że całkiem szybko mi poszedł i nawet się z tego cieszę, ale jest za to gorszej jakości. Wybaczcie!

Może wydawać się krótszy, aczkolwiek jest tak jakby "gęściej" pisany. I tak przepraszam!
Wybaczcie zmianę tytułu (ci co zaglądali w zakładkę 'Capitulos" wiedzą), ale zmieniłam go dosłownie kilka sekund temu. Po prostu nie pasował mi do tekstu.
Piosenka to oczywiście "Cisza" Kamila Bednarka. Niezbyt pasuje, ale cóż...
No, to chyba na tyle.
Do następnego!
Ana Julia


PS.: Słoneczka, czekam na was :* I zawsze będę czekać :*


czwartek, 26 czerwca 2014

Capitulo Nueve "Ciężkie myśli przenikają przez pył i kłamstwa..."



Si te sientes perdido en ningun lado
Viajando a tu mundo del pasado

Si dices mi nombre yo te ire a buscar.
Si crees que todo esta olvidado
Que tu cielo azul esta nublado

Si dices mi nombre te voy a encontrar...


Rzuciła zeszyt na łóżko odgarniając loczki z twarzy, które, mokre od łez, złośliwie opadały na oczy. Nic nie mogła wymyślić. Tekst był odzwierciedleniem jej samej, no prawie. 
"Jeśli czujesz się zagubiony".. 
Tak, tak właśnie się czuła. 
"Podróżując do swojego świata z przeszłości"
Przeszłość ją prześladowała, na każdym kroku ukazując beznadziejność wydarzeń. Tych przeszłych, teraźniejszych.. I przyszłych. Przyszłość... Taka odległa. Nie widziała swojej. Wszystko w ciemnych barwach. Dni się zlewały tworząc jedno. To będzie to upragnione niegdyś życie?

"Jeśli wypowiesz moje imię, pójdę Cię szukać"

"Jeśli wierzysz, że wszystko jest zapomniane"
Wierzyła? Nie. Wiedziała to. I to doskonale. Wszystko, całe jej życie... Zapomniane. Jak płatki zwiędłej róży. O niej samej nie pamiętano. W końcu była nikim. A czy kogoś takiego można zapamiętać?
"Że Twoje niebieskie niebo jest zachmurzone"
Było? Nie. Jej niebo już nie istniało. A jeżeli gdzieś, głęboko, wewnątrz.. wciąż tkwiło? Panowała w nim wieczna noc. Bezgwiezdna, bez srebrnego księżyca rozświetlającego mrok choć trochę.

"Jeśli wypowiesz moje imię, znajdę Cię..."


Angel_of_death: Nie mogę.
solitario123: Co? O co chodzi?
Angel_of_death: O piosenkę. Nie potrafię jej skończyć.
solitario123: Podobno nienawidzisz śpiewać?
Angel_of_death: Nie powiedziałam, że lubię.
solitario123: Oj, Claro...

Nienawidziła kiedy tak ją nazywał. Przecież skłamała. W tak głupiej sprawie.

Angel_of_death: Nie mów tak do mnie.
solitario123: O co znowu chodzi?
Angel_of_death: O nic. Dobra, muszę kończyć. Później się odezwę. Cześć.
solitario123: Czekaj...

Zamknęła laptopa nie zważając na nic. Kolejny raz głupie kłamstwo mogło wszystko zniszczyć. Kolejny raz komuś zaufała, zaprzyjaźniła się z kimś...
Pokochała?
Tylko co jeśli ją zrani?
Przecież Federico już ją zranił. Nie wiedziała dlaczego.
Słoneczko, to nie jest on...



"I'm so lonely broken angel,
I'm so lonely, listen to my heart..."

solitario123: Czekaj...
Kocham Cię, nie gniewaj się aniołku.


Angel_of_death: O nic.
O wiele.
Angel_of_death: Dobra, muszę kończyć.
Wcale nie chcę, wybacz.
Angel_of_death: Później się odezwę.
Choć nie powinnam.
Angel_of_death: Cześć.
Bo Cię kocham skarbie. 
Ale kłamię...


Dlaczego mnie kochasz?
Nie powinnaś.
Bo Cię zniszczę.
Zabiję Cię.


Był sam. Stał na środku nieznanego mu pokoju, w ciszy...
Czy się bał?
Denerwował?
Chciał uciec?
Cichy śpiew zmącił spokój. Tak piękny choć ledwo słyszalny...
Idealny głos. Kolejne sylaby jak pociągnięcia anielskiej harfy. Dźwięczny, cudowny, hipnotyzujący...
Zaczął biec. Chciał odnaleźć posiadaczkę syreniego śpiewu, który tak go ogłupił, mącił w głowie. Przepiękny przetykany niekiedy chwilowymi napadami dzwonkowego chichotu.
Szedł i szedł, a jedyne co odczuwał, to coraz większą potrzebę zobaczenia jej.
Nie wiedział kim jest, jak wygląda. Wspaniała melodia naprowadzała na elfa czy anioła, na postać pozaziemską. Bez znaczenia.
Czuł, jakby błądził niezliczonymi korytarzami labiryntu. Każdy kolejny krok nie przybliżał go do niej, nie oddalał. Jakby dryfowała gdzieś nad nim, daleko.
W pewnym momencie melodia zamieniła się raczej w skowycie, ckliwą depresyjną pieśń. Z nieba zaczęły kapać łzy. Szkliste błękitne kryształki... Były piękne, ale napełniały obawą. Chciał pomóc, wariował. Nie mógł znieść jej płaczu. Obracał się, rozglądał, biegł, zatrzymywał się... Nic. 
Jak miał ją pocieszyć, jeżeli nie mógł do niej dotrzeć?

Budzik. 
I znowu szarość codzienności.


Dlaczego wciąż w to brniesz?
Nie odchodzisz?
Nie przestajesz wierzyć w moją miłość?

Szła przez park w ciszy, słysząc jedynie wyrównany oddech, miarowe bicie serca. Kolejny dzień w Studiu był dla niej jak koszmar, sen, z którego chciała się obudzić. Więc dlaczego nie mogła?
Nie chciała tu dziś przychodzić. Wszyscy ci ludzie... jak mgła otaczająca z każdej strony, dusząca. Tylko jedna twarz wciąż budziła mieszane uczucia, a może nawet dwie?
Leon
Zamrugała próbując oprzytomnić swoje zmysły. Wciąż spała, nie mogła się obudzić.
Federico.
Upadała, upadała, upadała. Dlaczego nie mogła zapomnieć i po prostu odejść? Dlaczego wciąż wierzyła, że nie zapomniał?
Chcę się obudzić!
Weszła od razu kierując się do sali muzycznej. Bałagan był nie do opisania - jak to zazwyczaj bywało u Beto. Rzuciła zamszową torbę na krzesło obok drzwi i podeszła do klawiszy. Musnęła je opuszkami palców. Delikatne, chłodne, gładkie. Jak porcelana.
Zagrała przypadkowe akordy, które ułożyły się w melodię. Piękną, wyjątkową...
Zaczęła śpiewać.

Jeśli czujesz się zagubiony

Mignął za szybą, zobaczyła go.

Podróżując do swego świata z przeszłości


Przystanął na progu, jakby niepewien.
Mogę wejść skarbie?

Jeśli wypowiesz moje imię, pójdę Cię szukać.

Wszedł.
Stanął przy oknie przerzucając stosik papierów, jakby jej tam nie było.
Znalazł to, czego szukał, chciał wyjść.
- Federico...
Przystanął. Zamknął oczy. Wziął wdech.
- Dlaczego?
Odwrócił się. Spojrzał na jej drobną twarzyczkę, załzawione oczy. Była taka jak rok temu, może trochę bardziej... zniszczona? smutna? zmęczona. Jej ciemne, prawie czarne tęczówki przewiercały go boleśnie wdzierając się pod skórę, obnażając jego wnętrze.
- Proszę.
Szeptała prawie bezgłośnie. 
Łzy spływały po jej rumianych policzkach. Kolejny raz kogoś zranił.
- Co chcesz usłyszeć? - spojrzał na nią z taką niepewnością. obojętność?
Pytał, chociaż doskonale znał odpowiedź wyczytaną z nieskończonej otchłani jej wyblakłych tęczówek.
A kiedyś potrafiłaś się śmiać...
- Nie udawaj głupszego niż jesteś - wysiliła się na ironię, aczkolwiek mało zabawną, zakończoną cichym prychnięciem ginącym w gwarze dochodzącym z korytarza. Dopiero teraz zauważył długie cienie pod oczami. Bezsenność? Samotność? Smutek?
Ciemną sprężynkę ukryła za uchem tym jakże charakterystycznym dla siebie gestem. Poprawiła szarą koszulkę. Czekała na odpowiedź.
Pustka.
Tymczasem wielka pustka panowała w jego umyśle, jakby zapomniał, co chciał powiedzieć.  Usilnie składał pojedyncze wyrazy w zdania, nie biorąc pod uwagę jednej myśli, tej prawdziwej. Sam nie znał odpowiedzi.
Dlaczego?
Odwrócił się na pięcie.
Zapach męskich perfum postrzępił powietrze.


Czemu udajesz?
Czemu kłamiesz?
Czemu zabijasz?

Ptaki były dzisiaj jakieś niespokojne.
Wrony latały nad głową.
Kruk głośno skrzeczał.
Sroka wpatrywała swoje ciemne ślepia.

Wiatr był dzisiaj jakiś niespokojny.
Porywisty
Mocny
Zimny

Ludzie byli dzisiaj jacyś niespokojni.
Biegali
Krzyczeli
Uciekali?

Droga strasznie mu się dłużyła, choć mieszkał nie dalej niż piętnaście minut od szkoły. Wolnym krokiem mijał kolejne parkowe alejki, wsłuchując się w melancholijne piosenki płynące z niewielkiego odtwarzacza MP3, czy jak to tam się zwie. Jego myśli zaprzątało wszystko, co nie miało najmniejszego sensu. 

Poranne promyki przebijały z wolna gęstą warstwę chmur tworząc na niebie szaro-złotą mozaikę. Resztę przysłonił daszek kolorowej czapki, której dziś wyjątkowo pozwolił zsunąć się na oczy. W sumie to i tak bez znaczenia.
Minął próg Studia nawet nie zauważając, że jest już na miejscu.
Dreszcz.
Ciarki.
Gęsia skórka.
Usłyszał śpiew. Cichy niewyraźny... Ale tak piękny.
Jak ten ze snu?
Sen? Może wciąż śnił? Nie chciał się obudzić.
Tak piękny, prawdziwy... Ten głos. Idealny.
Niestety szybko ucichł. Otrząsnął się z zamyślenia.
Tak, to był tylko sen.


Te rany, takie bolesne
i tak świeże...

Zajęcia minęły wyjątkowo szybko. Później miała odbyć się jakaś próba do nowego przedstawienia, które Pablo wymyślił. Nie poszła, brak chęci. Bo po co? Już obsadzono role, główna oczywiście padła na Violettę. A męska? Nawet nie wiedziała i nie obchodziło jej to specjalnie. Grała jakąś tam dziewczynę, której kwestia sprowadza się do dwóch zdań zamienionych z wielką gwiazdą Castillo.
Weszła do domu zatrzaskując drzwi z wielkim hukiem. I tak nikogo nie było, jak zwykle. Matka nie żyje, Lena gdzieś poszła, a ojciec? Nikt nie wie gdzie polazł.
Szybko pokonała kilka stopni drewnianych schodów, które w zetknięciu z tenisówkami wydawały z siebie nieprzyjemny dla ucha dźwięk. Weszła do pokoju czując tę samą co zawsze woń młodych kwiatów i waniliowych perfum. Przez zasłonięte okna wpadały pręgi bladego, niebieskawego światła, które rozświetlały nieco ciemność panującą w pomieszczeniu.
Wskoczyła na łóżko niedbale zrzucając buty z nóg, od razu sięgnęła po laptopa. Włączyła komunikator, zielona kropka. Napisać?
Czekała na jego ruch. Nieodparcie twierdziła, że to on powinien zacząć rozmowę. Jednakże sekundy zmieniały się w minuty, minuty w godziny... 

Angel_of_death: Żyjesz tam?
solitario123: Może. Już nie masz fochów?
Angel_of_death: Hej, to wcale nie są fochy.
solitario123: Są. Zachowujesz się jak dziecko.
Angel_of_death: Odezwał się.
solitario123: Dokończyłaś piosenkę?
Angel_of_death: Zmiana tematu? Co, brak riposty chłopczyku?
solitario123: Ale jesteś denerwująca.
Angel_of_death: Jeden z moich ukrytych talentów.
solitario123: Nagły wzrost samooceny?
Angel_of_death: Wkurzasz..
solitario123: Ty też.
Angel_of_death: Słuchaj, Federico czy jak ty tam masz...
solitario123: Spokojnie, nie wywołuj kłótni.
Angel_of_death: Ja wywołuję? Ugh, nie ważne.
solitario123: Jak zwykle 'nieważne'.
Angel_of_death: Debil
solitario123: Hej! Twoje wulgarne słownictwo jest użyte nie na miejscu w tej jakże interesującej konwersacji i wpływa z pewnością niekorzystnie na mój, jakże wysoki, stan intelektualny. 
Angel_of_death: Chcesz zostać psychologiem?
solitario123: Być może...
Angel_of_death: Jak dla mnie to GŁUPIE
solitario123: Nie podnoś na mnie czcionki.
Angel_of_death: W realu też jesteś taki głupi?
solitario123: Wcale nie jestem głupi, tylko niepełnosprytny. I tak, jestem.
Angel_of_death: I tak się nie spotkamy, więc to bez znaczenia.
solitario123: Skąd ta pewność?
Angel_of_death: Bo tak.
solitario123: Znowu piszesz jak dziecko. Może będziesz przejazdem w Buenos?
Angel_of_death: A może nie?
solitario123: Spotkalibyśmy się w parku...
Angel_of_death: Którym? Tu jest wiele parków.
solitario123: Tu? Zaraz. Gdzie ty jesteś? W Argentynie?


Głupi błąd...

Angel_of_death: Nie o to chodziło, chciałam napisać, że tam
solitario123: Coś nie wierzę.
Angel_of_death: Tak to jest jak się pisze z samcem. Wszyscy myślicie tak samo.
solitario123: Czemu kłamiesz? Nie bój się napisać prawdy.
Angel_of_death: Muszę lecieć, siostra mnie woła.
solitario123: Nie, czekaj! Chcę wiedzieć.
Angel_of_death: Jakoś mało mnie obchodzi co ty chcesz.
solitario123: Mów
Angel_of_death: Próbujesz zrobić ze mnie niepełnosprytną?
solitario123: Tu nie trzeba nic robić. Tak to już jest, że niepełnosprytni żyją wśród swoich :D
Angel_of_death: Głupek.
solitario123: Mało to inteligentne. Czemu nie odpowiesz?
Angel_of_death: Tak, mieszkam w Argentynie. Zadowolony?
solitario123: Czemu skłamałaś?
Angel_of_death: A czemu nie?
solitario123: Przynajmniej teraz możemy się spotkać.
Angel_of_death: Co? Nie.
solitario123: Dlaczego?
Angel_of_death: Bo nie.
solitario123: Czemu jesteś taka uparta?
Angel_of_death: A czemu ty jesteś taki ciekawski?
solitario123: Bo tak. To kiedy? Dzisiaj?
Angel_of_death: Nie mogę.
solitario123: Jutro?
Angel_of_death: Jestem zajęta.
soliatrio123: W środę?
Angel_of_death: Nie.
solitario123: Dziecko
Angel_of_death: Wiem, że jesteś dziecinny.
solitario123: Wredne, uparte to takie. Grrr... Trudno.
Angel_of_death: Zasłużyłeś na kopniaka.
solitario123: To dalej. Będę tu czekał, aż umrę z nudów.

"W ramionach anioła
odlecę daleko stąd,
Z tego ciemnego, zimnego pokoju
I z nieskończoności, której się boisz..."

Poranek był dość mglisty i deszczowy. Znowu. Ciemne smugi burzowych chmur coraz gęściej zbierały się na niebie. Ludzie zamknięci pod kolorowymi parasolami zwinnie omijali siebie nawzajem.
Otarła zimny policzek mokry od kilku deszczowych kropel, a może łez? Słone jak łzy, chłodne jak deszcz.
Zeskoczyła z parapetu zatapiając stopy w miękkim, beżowym puchatym dywanie. Kolejna bezsenna noc.
Wzięła do ręki niedużą szczotkę, zanurzyła w gęstwinie ciemnych loków. Czesała włosy wpatrując się w swoje ledwo widoczne lustrzane odbicie.
Brzydka, naiwna, zniszczona...      ZABITA?
Komunikator. Może się uzależniała, miała to gdzieś. Coś napisał.

solitario123: Dziś rano?

Zamknęła laptopa. Nie chciała i tyle. Dlaczego nie rozumiał?

Otworzyła szafę pełną zakurzonych już różowych sukienek. Wszystkie były od Ludmiły, wszystkie. A co najgorsze? Nie potrafiła się ich pozbyć. Wspomnienia wracały niszcząc odbudowywane kawałek po kawałku życie.
Stanęło na legginsach i rozwleczonej czerwonej koszulce.
Ludzie gnali tłumnie pod parasolami. Uciekali przed deszczem. A wśród nich zakapturzona dziewczyna, kontrastująca z szarością. Jak plama krwi na prześcieradle.
Szkoła.
Lekcja, przerwa, lekcja, przerwa, lekcja, przerwa... Codzienność. Rutyna.
Powrót do domu, komunikator.

solitario123: Dziś popołudniu?


Płacz, gitara, piosenka. Płacz, gitara, piosenka. Płacz, gitara, piosenka, okno? I gorzkie łzy aniołów.

Komunikator

solitario123: Dziś wieczorem?

Aksamitna pościel, miękki puch, łzy. Łzy, łzy, łzy.

Sen? Łzy, piosenka, okno, łzy, piosenka, okno. Płacz aniołów, deszcz gwiazd, srebrne oko.
Aksamitna pościel, miękki puch, łzy...
Okno, płacz aniołów, deszcz gwiazd, srebrne oko. Łzy, piosenka...
Poranek?
Komunikator

solitario123: Nie wczoraj rano, nie popołudniu, nie wieczorem. Dzisiaj?

Myśl, dreszcz, ból głowy.


Angel_of_death: Park, ulica Rosales, 16:00. Nie spóźnij się. 

Przyspieszony oddech

Kołatanie serca
Drżenie dłoni.

Droga, aleja, park...


"But let mi start by saying
I love you"

Park świecił pustkami, za co pewnie odpowiedzialny był deszcz. Jak mogli się bać płaczu nieba? Wymalowane lafiryndy skryte pod metrowymi warstwami tak zwanego "podkładu", choć wolała nazywać go tynkiem, przewrażliwione starsze panie, biznesmenki w swoich wizajnerskich drogich ubraniach. Eleganciki w garniturach, cienkie karykatury nieprzypominające mężczyzn, dojrzali panowie w marynarkach i kapeluszach... Uciekali, materialiści.
A przed słońcem też uciekają?
Szła wolno, czarna wdowa. Czarna sukienka, jedna z nielicznych, które nosiła, może nawet lubiła. Czarne loczki. Czarny lakier.
Czarne serce?
Ekscytacja, nerwy, smutek, mieszanka wybuchowa. I tak się właśnie czuła, jakby coś ją rozsadzało od środka. Bo choć sama sobie nie chciała się przyznać, kochała go. 

"Don't leave me in all this pain,
Don't leave me out in the rain"


Już tylko chwila..
Minuta.
Sekundy.
Zaraz go zobaczy.
- Naty?
Odwróciła się. Śmiać się płakać?
Choć nieświadomie, łzy płynęły.
Rozczarowanie?
Trudno opisać co działo się w jej sercu. Smutek. Tętnił w żyłach, palił w płucach.
Jego głos rozmył się na wietrze. 
Jego oczy zostały w tyle.
A jego zapach wciąż drażnił nos.

"Your little piece of heaven turns to dark..."

***
Nie mówcie mi, jak bardzo spieprzyłam. Wiem to -,-
Cóż... Trzeba w końcu coś dodać, za długo już zawodzę.

Wiem, że jest bez ładu, bez sensu, nie poukładane... W ogóle brak jakiejkolwiek logiki. Wybaczcie!
Tak, mamy pięć tekścików pisanych kursywą w cudzysłowiu. Są to kolejno: Arash "Broken Angel", Sarah McLachlan "Angel", Lionel Richie "Hello", Toni Braxton "Unbreak my heart" i Roxette "Listen to your heart". Resztę stanowią moje głupie pomyślunki.
Tak no, więc tego. Macie, poznali się, zawiedli, wiedzą już, kim są naprawdę. Teraz trzeba to trochę uporządkować... A może nie? Kto wie co mi do tego głupiego łba przyjdzie.
To chyba tyle z mojej strony. Kolejny kiedyś tam, jeżeli wena pozwoli. Tymczasem zapraszam na cudne dzieła moich kochanych słoneczek tututu i tu
Kocham was szafirki (Aciu, wybacz że ukradłam Twój zwrot, ale jest przeuroczy).
Ana J.


PS.: Srebrne oko to oczywiście księżyc tak dla niewtajemniczonych... 



Obserwatorzy